Zatoka Ha Long w trzy dni

Pod biurem, skąd mieliśmy wyjechać do zatoki Ha Long, byliśmy parę minut po piątej rano. Puste ulice, gdzieniegdzie przemykają pierwsze rowery i skutery, rozkładane są pierwsze stoliki z jedzeniem, na środku pustego skrzyżowania całująca się para. Tak Hanoi budzi się do życia. Nasze biuro otwierają dopiero przed siódmą, więc krążymy z nudów po okolicznych uliczkach.

Czekają nas niemal cztery godziny siedzenia w autobusie. Tyle trwa podróż z Hanoi do Ha Long City, mimo że to tylko 170km. Jak mówi Jackie, nasz przewodnik, „welcome to Vietnam”. Port w Ha Long to miejsce skąd wyruszają w zatokę chyba wszystkie wycieczki, a z racji tego, że większość z nich odpływa w podobnych godzinach, na przystani panuje prawdziwy tłok. Na szczęście Jackie jest na tyle zorganizowany i obrotny, że wszystkie formalności zajmują mu niecałe 10 minut i możemy wsiadać na łódkę. Nasza docelowa łódź stoi na redzie i podpływamy do niej mniejszą, kilkunastoosobową łódką. Golden Lotus sprawia miłe wrażenie, sprawnie przebiega przydzielanie kajut. Dostajemy przestronny jak na te warunki dwupokojowy apartament.

Po wypłynięciu dostajemy lunch. Jedzenia było dużo, aż nie do przejedzenia – co chwilę na stole pojawiała się nowa potrawa. W sumie było ich chyba z sześć

W międzyczasie zakotwiczyliśmy przy występie na której znajduje się jaskinia Hang Dao Go – pierwszy cel naszej wycieczki. Jaskinia jest ogromna, a niektóre stalagmity i stalaktyty podświetlone są kolorowym światłem. Czytając różne relacje i oglądając zdjęcie spodziewałem się tandetnego efektu. Na szczęście na żywo jaskinia prezentuje się naprawdę nieźle. Oczywiście, jak w każdym takim miejscu, nie ma szans, aby choć przez chwilę być samemu.

Następnym punktem wycieczki było pływanie kajakiem po zatoce wokół paru wysepek. Cisza, spokój i tylko ciche odgłosy innych kajakowiczów pozwoliły na chwile relaksu. Trzeba było jedynie uważać na skały, które potrafiły być tuż pod wodą. Wieczorem czekało nas jeszcze łowienie ryb ze statku oraz karaoke, jednak po poprzedniej nocy spędzonej w pociągu zamiast tych atrakcji wybraliśmy łóżko.

Następnego dnia rano popłynęliśmy na wyspę Cat Ba, gdzie mieliśmy spędzić drugą noc. Po drodze z przystani do miasta Cat Ba zaglądamy do parku narodowego, gdzie wspinamy się na górkę (mniej więcej 220 metrów w górę) skąd rozpościerały się przepiękne widoki na okoliczne, zadrzewione inne skały. Wspinaczce towarzyszą nam ogłuszające odgłosy cykad. Cykady, które słyszeliśmy w My Son, były niczym przy tutejszych. Ich odgłos przypomina odgłos piły tarczowej z tartaku. Na szczycie stała jeszcze stara, lekko przerdzewiała konstrukcja metalowa, z której widoki były jeszcze bardziej ekscytujące.

Po południu zdecydowaliśmy się na rejs na pobliską Monkey Island, na której żyją dzikie małpy. Właściwie ani one dzikie, ani to wyspa. Właściwszym terminem byłby „Monkey Bar” gdyż wszystkie małpy, które widzieliśmy, siedziały w okolicach baru i wyciągały od turystów jedzenie i napoje. A jeśli turyści nie byli zbyt hojni, wygrzebywały ze śmietnika puszki po piwie czy coca-coli, dopijając resztki. Na wyspie jest mała plaża, raptem może z 200 metrów szerokości, natomiast widok na nią z pobliskiej góry był wspaniały, rodem niczym z katalogów reklamowych: jasnożółty, niemal biały piasek, szafirowa woda, parę stateczków w tle. Dodatkowo w zaroślach znaleźliśmy parę opuszczonych bungalowów z liści palmowych. Aż nie chciało się stamtąd odpływać 😉

Wieczorem wybieramy się po kolei na wszystkie trzy plaże w miasteczku. W jednej z nich, jak dowiedzieliśmy się od grupki Polaków w Sapie, żyją ponoć fosforyzujące algi, które pod wpływem ruchu wody zaczynają świecić. Niestety, nie dane nam było doświadczyć tego zjawiska. Idąc na plażę z ciekawością obserwujemy akwaria wystawione przed restauracje ze swoistym „menu”. Oczywiście pełno krewetek, małży, ostryg, ryb (ze znanych nam były mureny), kraby oraz bardzo dziwne zwierzę: skrzypłocz nazywany tutaj King Crabem. Na tyle nas zaciekawia, że postanawiamy go spróbować po powrocie z plaży. Cena, jak na warunki wietnamskie, wysoka: 400 tys dongów czyli niecałe 20$. Jedna sztuka wystarczy ponoć aby najadły się 2-3 osoby. Jak się okazuje później, czeka nas rozczarowanie: z plaży wracamy około 21, akurat, gdy wszystkie knajpki i restauracje zaczynają się zamykać. No cóż, może następnym razem. 😉

Następnego dnia czeka nas niestety powrót do Hanoi. Po drodze jeszcze jednak zaglądamy do największej pływającej wioski, w której jest, a jakże, pływająca szkoła podstawowa. Z zewnątrz przyuważyliśmy, że dzieciaki zamiast znaków drogowych uczą się znaków morskich 😀 . Do Hanoi docieramy chwilę po 17, akurat by coś zjeść.

Czy warto pojechać do Ha Long? Wg mnie zdecydowanie tak. W sumie zatoka była powodem, dla którego zdecydowaliśmy się polecieć do Wietnamu. Najprościej – i chyba mimo wszystko wcale nie drożej – wyjdzie wyjazd z biura, w grupie zorganizowanej. Z Hanoi organizowane są wycieczki nawet jednodniowe. Koszt jednodniowej wycieczki zaczyna się od około 30-35$, jednak według mnie jeden dzień nie ma sensu, gdyż połowę czasu zajmuje wtedy dojazd i powrót.  Myśmy zdecydowali się na jedną z droższych opcji czyli jeden nocleg na łódce i jeden nocleg w hotelu 3*. I nie zobaczyliśmy wszystkiego, w czasie gdy my chodziliśmy po wyspie Cat Ba, część naszych współstatkowiczów płynęła do drugiej części zatoki Ha Long, gdzie znajdują sie chyba te najbardziej rozpoznawalne skały. Oni jednak nie widzieli wyspy Cat Ba, nie byli na Monkey Island itp. Wg mnie optymalnie byłoby tam pojechać na dwie, trzy noce na łódce i opłynąć całą zatokę oraz ze dwa dni pobytu na Cat Ba. Na wyspie widzieliśmy oferty przejazdu z Cat Ba do Hanoi za około 20$ w jedną stronę (łódź/prom plus autobus). Zapewne z Hanoi można za podobne pieniądze dostać się do Cat Ba. Sam prom z portu Ha Long, czy też Haiphongu, na wyspę to ok. 4$ w jedną stronę (slow boat) lub ok. 10$ za speed boat. Na wyspie jest kilka hoteli, jednak ceny są raczej wysokie. Hotel, w którym spaliśmy kosztował za noc ok. 60$. Za około 25$ widzieliśmy też bungalowy niedaleko plaży.