Sa Pa czyli trzy dni w górach.

Kiedy już udało nam się wydostać z dworca, ruszyliśmy na parking.

Stało tam mnóstwo busów, którymi można dostać się do Sapy. Kretą górską drogą 30 km pokonuje się ponad godzinę, jazda oczywiście w tradycyjnym wietnamskim stylu.

Pierwsze wrażenie po wjeździe do miasteczka to „Karpacz albo Szklarska Poręba”. Wąskie, strome uliczki, masa turystów. Wysiadanie z busa jest swoistym torem przeszkód. Przy drzwiach niemal natychmiast pojawia się grupka kobiet z plemienia Czarnych Hmongów i dosyć agresywnie oferuje swoje rękodzieło. Jeszcze nie wiemy, że teksty „później, może jutro”, które wg nas mają je zniechęcić, rozumiane są dosłownie i będą nam przypominane przy każdej okazji. Aby się pań pozbyć, należy jasno i wyraźnie do skutku powtarzać „nie”. Każdej kolejnej grupie pań, bo pojawiają się także przedstawicielki innych plemion ze swoimi wyrobami.

Zostawiamy bagaże w hotelu, w którym spędzimy pierwszą noc i udajemy się spacerkiem, w ramach treningu przed większym trekkingiem, do wioski Cat Cat. Jest ona położona poniżej Sapy, w czymś w rodzaju parku narodowego czy skansenu.

Wstęp na teren, na którym leży wioska, kosztuje 40 000 dongów. A teren ten zaczyna się już właściwie w Sapie. Wąską ścieżką w dół, pomiędzy zabudowaniami i straganami, schodzi się powoli aż do miejsca, gdzie znajduje się wodospad i coś w rodzaju domu kultury. Ponieważ w Sapie w tej chwili panuje susza, wodospad nie jest zbyt spektakularny. Przy okazji oglądamy występ lokalnej grupy tanecznej, prezentujące miejscowe tańce. Wracając mamy okazję ponownie podziwiać tarasy ryżowe na zboczach gór, niestety o tej porze roku ryż dopiero wschodzi i poletka są raczej brunatne niż zielone – soczystą zieleń osiągną gdzieś w czerwcu/lipcu. „Wyprawa” do Cat Cat zajmuje nam w obie strony jakieś trzy, może cztery godziny dość wolnym krokiem – taki sobie spacerek.

Wieczorem spotykamy przy kawie grupkę Polaków, którzy są już w Indochinach niemal trzy miesiące i jest to dopiero wstęp do ich długiej podróży. Dostaliśmy od nich kilka wskazówek dotyczących zarówno Sa Pa, jak i zatoki Ha Long. W międzyczasie robimy zakupy (buty, softshelle itp) w tutejszych sklepach „firmowych” North Face’a.

Następnego dnia rano czeka na nas już lokalna przewodniczka, która będzie z nami do końca pobytu w Sapie. Czeka nas 12 km trekking do wioski, w której zostaniemy na noc. Z wysokości nieco ponad 1500 mnpm schodzimy na niecały 1000 mnpm. Nie oznacza to jednak wcale łatwej trasy, nie dość ze po odcinku w dół zaraz następuje strome podejście to większość „szlaku” wiedzie krawędzią tarasu ryżowego. Do tego dochodzi prażące słońce. Po drodze mijamy wioskę Lao Chai, gdzie nasza przewodniczka z dumą prezentuje nam budynek elektrowni wodnej, szkoły (w klasach wisiały tornistry Unicefu a dzieciaki nosiły zmięte bruliony w rękach) i szpitala (po prawdzie funkcjonuje on bardziej jak nasze przychodnie, a nie szpital). Taki mały kawałek propagandy 😉

Do naszego homstey’a docieramy chwilę przed trzecią. Zaklepujemy sobie jedyny pokój, reszta łóżek jest w sali wieloosobowej. Przewodniczka mówi, że jeśli mamy ochotę to na przeciwległym zboczu jest „Old Stone” a przed naszym domem jest ścieżka, która do niego prowadzi. Wprawdzie kamienia za bardzo nie widzimy, ale nie uśmiecha nam się siedzieć na miejscu, więc idziemy. Ścieżka po mniej więcej 50 metrach kończy się na polu ryżowym, a właściwie na tym co niedługo stanie się takim. Na razie są to tarasy błotne . 🙂

Przez jakieś pięć minut idziemy krawędziami tarasów próbując wybierać te, które są najbardziej ubite i przypominają ścieżkę. Oczywiście w pewnym momencie dochodzimy do momentu, gdzie z każdej strony otacza nas pole błota. Właściwie byliśmy bliscy podjęcia decyzji o odwrocie, gdy znikąd pojawiły się dwie tutejsze góralki, oferujące pomoc w przejściu na druga stronę (oczywiście nie bezinteresowną, kupujemy potem od nich jakieś drobiazgi ręcznie wyszywane – akurat na prezenty). Parę razy ześlizgujemy się po błocie na niższe tarasy, parę razy tracimy równowagę i podpieramy się rękami. Ubrudzeni docieramy do strumienia, który musimy przekroczyć. Mostka oczywiście żadnego nie ma, więc czeka nas przeprawa wpław. Mamy wybór: albo przejdziemy brodem, w którym woda sięga po pas, albo po kolana. Decydujemy się na płytka przeprawę. Strumień, jak na rzeczkę górską jest bardzo ciepły, przejście przez niego niewiele dało ochłody, a jedynie spłukało trochę błotka. Jeszcze czeka nas tylko wspinaczka z 50-70 metrów w górę i jesteśmy przy „Old Stone” – wielkim głazie narzutowym, na którym widać ślady jakiś rysunków, znaków itp. Według nas kamień znany jest z tego, że turyści do niego idą przez błotniste pola i strumień po kolana po to, żeby zobaczyć znany kamień 😉 . Taka miejscowa atrakcja turystyczna. Oto i on:

Oczywiście na miejscu okazuje się, że jest normalniejsza droga prowadzące przez most i normalna asfaltową drogę 😉 Do naszej wioski docieramy już „suchszą” drogą, akurat na kolację. W międzyczasie zebrało się międzynarodowe towarzystwo, nie zabrakło oczywiście też naszych rodaków. Po kolacji zostaliśmy poczęstowani miejscowym wyrobem, czyli winem z ryżu. Winem jest chyba tylko z nazwy, bo w smaku przypomina alkohole mocniej procentowe 😉

Następnego dnia czeka nas kolejne kilka-kilkanaście kilometrów po górach. Z racji tego, że nasza wycieczka jest dwuosobowa, przy każdej nadarzającej się okazji wybieramy trudniejszą drogę, czasem tego po chwili żałując, gdy okazuje się, że podchodzimy pod niemal pionową ścianę i musimy wejść dobre 100-130 metrów wyżej. Na szczęście widoki z góry wynagradzają wysiłek i hektolitry potu.

Zaglądamy też do jednego domu z plemienia Dao. Dom to dużo powiedziane: chatka drewniana posadowiona na skale, gdzie rolę kuchni spełniało ognisko rozpalone w zagłębieniu skały. Obok piętrzyły się zapasy bambusu na opał, różnej zieleniny na pożywienie (osobno dla ludzi, osobno dla zwierząt), gdzieś z sufitu zwisała sieć rybacka a na ścianie wisiały tradycyjne dla tego plemiona „akty ślubu”. Oczywiście nie zabrakło też najważniejszego przedmiotu w wietnamskim domu czyli telewizora. Dostrzec można było również wiszący na ścianie portret wujka Ho. Czeka nas jeszcze mniej więcej dwugodzinny trekking do miejsca, z którego odwiezie nas bus do Sapy. Po drodze mamy przerwę na lunch. Decydujemy się na zupę Pho, a dostajemy coś, co przypomina zupkę „chińską” z wielkim sadzonym jajkiem.

Po przybyciu do hotelu czeka nas miła niespodzianka – mimo, że formalnie nie jesteśmy od dwóch dni gośćmi hotelowymi, zaproponowano nam wzięcie prysznica. Chwilę potem czujemy się jak nowo narodzeni. Do powrotu mamy jeszcze ze dwie godzinki, więc ruszamy na krótki spacer po miasteczku. Odkrywamy pyszny chlebek kokosowy i zajadamy się nim na podwieczorek. Chlebek ten to coś w rodzaju naszej chałki z wiórkami, a właściwie wiórami kokosowymi i różnymi dodatkami np. sezamem.

W drodze powrotnej widzimy dzieciaki w wieku mniej więcej 10-12 lat oferujące przy drodze własnoręcznie złapane i zabite węże. Powrót pociągiem okazał się trudniejszy niż przyjazd. Nadmuch zimnego powietrza bardziej hałasował niż chłodził, więc w przedziale było duszno, gorąco i głośno. Ale jakoś udało nam się dotrzeć do Hanoi, gdzie na dworcu czekał na nas przedstawiciel firmy taksówkowej i odwiózł nas do biura, skąd za niecałe trzy godziny jechaliśmy do zatoki Halong. Wszystko oczywiście w ramach wykupionego wcześniej trekingu.

Czy warto jechać do Sapy? Jeśli nastawiacie się na to, żeby zobaczyć małe, tradycyjne górskie miasteczko i nie bawi Was chodzenie po górach, to lepiej sobie odpuścić. W miasteczku jest chyba więcej turystów niż mieszkańców, do tego dochodzą miejscowe kobiety oferujące swoje wyroby (szoping somfink from mi). Brak też jest znanych z innych miejsc w Wietnamie ulicznych jadłodajni, a ceny jedzenia potrafią negatywne zaskoczyć. Jednak jeśli chodzenie po górach sprawia Wam prawdziwą frajdę, jeśli chcecie się trochę zmęczyć, pochodzić po trasach ryżowych i nie przeszkadza Wam, że czasem wpadniecie w błoto po kostki, albo i głębiej, to zdecydowanie polecam. Organizowane treningi mają to do siebie, że mają ten sam plan, wizytują te same miejsca. Na miejscu można jednak wynająć przewodnika/przewodniczkę i pochodzić po górach, wejść na Fan Si Pan. Samodzielny wyjazd do Sapy może nastręczyć jedynie trochę problemów z zakupem biletów na pociąg, nie zawsze można kupić je w dniu wyjazdu.