Maroko część pierwsza: Marrakesz

W Maroku byliśmy we wrześniu 2010 roku, więc wpis będzie o tym, co najbardziej utkwiło nam w pamięci.

W Marrakeszu wylądowaliśmy wczesnym rankiem, chwilę po siódmej. Stwierdziliśmy, że o tej porze miasto jeszcze będzie spało, dlatego nie ma się co spieszyć do centrum i – zamiast korzystać z miejscowej komunikacji – wybraliśmy spacer do centrum.

DSC00225_mini

DSC00229_mini

Naszym celem był plac Jamaa el-Fna, w pobliżu którego chcieliśmy znaleźć jakiś hotelik. Jednak pora śniadaniowa, głód i poniekąd magia tego miejsca nie sprzyjały poszukiwaniu noclegu. Jamaa el-Fna i okoliczne suki wciągnęły nas i to na tyle, że dopiero po kilku godzinach błądzenia i odnajdywania się zorientowaliśmy się, że czas szukać noclegu. Pierwsze odwiedzone hoteliki nie napawały optymizmem. Albo ceny z kosmosu, albo pokoje wyglądały niczym nora borsuka, albo wręcz i tak i tak. Daliśmy jednak szansę młodemu naganiaczowi. Po krótkiej analizie klienta („ile możecie zapłacić za nocleg”) zaprowadził nasz do całkiem przyjemnego riadu. Niestety, cena za osobę okazała się dwukrotnie wyższa niż zakładaliśmy budżet na dwie osoby. Następny hotelik był przeciwieństwem riadu: tani, ciemny, ciasny i nieco obskurny. Po jeszcze dwóch podobnych propozycjach rezygnujemy z usług naszego „przewodnika” i szukamy na własną rękę. Na szczęście w starej części Marrakeszu hotele, riady czy hostele są niemal w każdej bramie. Właściwie pierwszy strzał okazał się celny: czysty pokój, z klimatyzacją, telewizorem oraz łazienką z prysznicem. Chwila targowania z recepcjonistą i pokój jest nasz: za pokój ze śniadaniem zapłaciliśmy 300 Dh. Teraz już spokojnie możemy zanurzyć się w marakeskiej medinie, zgubić się jeszcze z kilka razy, po czym odkryć, że ten labirynt uliczek nie jest taki straszny. Po dziesiątym przejściu wiadomo co kryje się za zakrętem. 😉 A w międzyczasie degustowaliśmy dania lokalnej kuchni: sok pomarańczowy, świeże i suszone owoce, tadżin, harirę, herbatę miętową. I tak do wieczora, kiedy to na placu pojawiają się kramiki – restauracje z jedzeniem.

DSC00239_mini

DSC00241_mini

DSC00243_mini

DSC00244_mini

DSC00269_mini

DSC00275_mini

DSC00279_mini

DSC00282_mini

DSC00468_mini

Drugiego dnia pokręciliśmy się nieco poza medyną, po nowych dzielnicach Marrakeszu, kierując się do ogrodów Majorelle. Ogród powstał dzięki inicjatywie Jacquesa Majorelle w latach 20-30 XX wieku (to on wymyślił kobaltowy kolor, nazwany na jego cześć Majorelle Blue, na który pomalowane są budynki i inne detale w ogrodzie). Przekraczając bramy ogrodu przechodzimy do innego świata. Za nami zostaje hałaśliwe miasto (tak, Marrakesz to jedno z bardziej głośnych miast, w którym byliśmy), a przed nami niesamowicie kontrastująca cisza i spokój. W ogrodzie, jak to w ogrodzie, znajdziemy mnóstwo roślin – tu przede wszystkim kaktusy i bambusy. Jeśli ktoś nie ma duszy botanika, to niewiele znajdzie tu specjalnego. Jednak klimat jaki tu panuje, cisza, spokój pozwala odpocząć od palącego słońca i ulicznego zgiełku. W latach 80 ubiegłego wieku ogród stał się własnością Yves Saint-Laurenta, który kazał rozsypać swoje prochy właśnie tutaj.

DSC00437_mini

DSC00452_mini

DSC00454_mini

Wracając trafiamy w okolice dworca kolejowego. Ku naszemu zaskoczeniu budynek jest na wskroś nowoczesny, a wewnątrz panuje porządek, jakiego chyba długo na polskich dworcach nie ujrzymy. Oczywiście – klimatyzacja i darmowe WiFi też jest.

DSC00457_mini

Trzeciego dnia zwiedzamy medynę, rozpoczynając od spaceru wzdłuż starych murów miejskich, co chwilę natykając się na tutejsze koty. W Maroku jest ich naprawdę dużo i na dodatek w większości przypadków są spragnione pieszczot.

DSC00304_mini

DSC00396_mini

DSC00417_mini

DSC00430_mini

DSC00456_mini

Trochę błądząc, trafiamy do medresy Alego Ibn Jusufa, czyli szkoły teologicznej, której początki sięgają XVI wieku. Dosyć długo oglądamy niezwykłe ażurowe zdobienia ścian, przechadzamy się pod arkadami i zaglądamy do pokoików – cel dawnych uczniów tej pięknej szkoły.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC Kolejnym punktem zwiedzania są grobowce Saadytów, pałace El Bahia i El Badi.

Grobowce Saadytów

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

W Czerwonym Mieście (tak nazywany jest Marrakesz od koloru starych murów) byliśmy trzy dni. Trzeciego dnia, nieco już zmęczeni miejskim zgiełkiem, kupiliśmy bilet autobusowy do Essauiry na kolejny dzień.

Ceny jedzenia na Jama el Fna w Marrakeszu (aktualne w 2010 roku – obecnie ceny mogły się zmienić):
harrira 3-4 Dh
tadżin 25-45-50 Dh zależnie od miejsca i zawartości dania
herbata miętowa ok. 5Dh czasem chcą więcej
szklanka soku wyciśniętego z pomarańczy ok. 5Dh

0 comments

Dodaj komentarz