Islandia dzień trzeci czyli polujemy na wieloryby

Po eskapadach dnia poprzedniego obudziliśmy się wczesnym świtem, koło dziesiątej – w pół do jedenastej. Przy śniadaniu zastanawiamy się, jak spędzić ten miło zaczęty dzień. Padło na Reykjavik – po pierwsze po wczorajszym rajdzie odczuwamy niewielką niechęć do samochodu, po drugie – w końcu wypadałoby obejrzeć stolicę, skoro się w niej śpi . Słowa zamieniliśmy w czyn i udaliśmy się do centrum. Wydawać by się mogło, że skoro na całej Islandii mieszka 300 tysięcy ludzi, a w samym Reykjaviku może ze 120 tysięcy, to miasto nie będzie duże. Stolica jest jednak rozległa, a jak na tutejsze warunki – wręcz gigantyczna . W mieście nie znajdziemy praktycznie żadnych wieżowców (kilka wyższych budynków to oszklone biurowce), większość zabudowy to dwu-, góra trzypiętrowe budynki, choć buduje się kilka 10-piętrowców. Uwagę przyciąga na pewno budynek sali koncertowej: Harpa. Jak dla mnie to kwintesencja nowoczesnego wzornictwa i architektury. Dzięki elewacji z płyt szklanych umieszczonych pod różnym kątem, budynek o każdej porze dnia wygląda inaczej i mieni się różnokolorowymi odblaskami. Niedaleko znajdziemy też inny symbol Reykjaviku: Sun Voyager czyli szkielet łodzi. Rzeźba wykonana jest ze stali nierdzewnej i promieniach słońca wygląda ponoć niesamowicie. Nam pozostało jedynie się domyślać jak może błyszczeć, bo na niebie zawisły chmury :(.

Harpa leży przy samym porcie, z którego wypływają statki wycieczkowe na obserwację wielorybów. Ceny to, w zależności od biura, 7500-8000 koron islandzkich czyli trochę ponad 200 złotych. 3,5 do 4 godzin na statku i 95% skuteczności w spotkaniu z olbrzymami. Decydujemy się wypłynąć najbliższym możliwym rejsem.

Według programu możemy zobaczyć walenie, płetwale, delfiny, orki, maskonury. No cóż… byliśmy w tych 5% i wieloryba nie zobaczyliśmy. Za to mieliśmy okazję kilkukrotnie zobaczyć delfiny, które pokazywały się zaledwie kilka metrów od statku. Potem okazuje się, że 95% skuteczności odnosi się do prawdopodobieństwa zobaczenia ssaków morskich, niekoniecznie wieloryba. Tak więc – jeśli będziecie wypływać rejsem, nastawcie się raczej na obserwację delfinów itp., niż na wieloryby.

Chyba, że trafiliśmy na złą porę dnia/tygodnia/roku – jeśli ktoś zna się na wielorybach niech da znać, kiedy można je najłatwiej spotkać. Na otwartym morzu nieco wieje, ale załoga jest przygotowana – chętni mogą ubrać prawdziwe rybackie kombinezony, lub okryć się kocem. Rejs obejmuje także podpłynięcie do wyspy, zamieszkiwanej przez maskonury. Jest środek dnia i widać, że aktywnie łowią ryby – latają dookoła trzymając po kilka małych rybek w dziobach. Jest jednak za daleko, żeby zrobic im ładne zdjęcie Trochę rozczarowani przysiadamy w portowej knajpce. Knajpa to może brzmi dumnie, bardziej przypomina to większy barak, ale jak na Islandczyków przystało jest całkiem przyjemnie. Zamawiamy zupę z homara i halibuta z rusztu/grila. Ceny? Spodziewałem się kosmicznych, a wyszło nie tak tragicznie drogo: za zupę zapłaciliśmy 1100 koron (ok. 30 złotych), za rybę – naprawdę sporą – 1800 koron (około 50 złotych), co biorąc pod uwagę lokalizację knajpki przy samym porcie wycieczkowym i sklepikach z pamiątkami nie jest ceną wygórowaną. Wybaczcie brak zdjęć, ale zanim się zorientowaliśmy połowę już zjedliśmy. Jedzenie było przepyszne, zwłaszcza zupa w której pływało kilka dość sporych (co najmniej z 5cm) kawałków homara. Zdecydowanie polecamy. W menu były różne rodzaje szaszłyków m.in. z wieloryba, wszystkie w cenie 1800 koron. Pierwszy kontakt z islandzką kuchnią zdecydowanie poprawił nam humory po „polowaniu na wieloryby”. Leniwym krokiem obchodzimy centrum Reykjaviku. Jest kolorowe i przytulne. Główne deptaki to dwie ulice, na jednej z nich trafiamy na polski sklep. Polacy na tej wyspie to jedna z największych mniejszosci narodowych, ok. 11 tysięcy osób. Spacerując trafiamy na samoobsługową lodziarnię, gdzie sobie można komponować lody jogurtowe do woli, mieszać różne smaki, dodawać owoce, posypki itp. Wszystko na wagę: 1690 koron (ok. 45 złotych) za kilogram. Trafiamy też do sklepu z różnymi cukierkami/żelkami. Wybór ogromny, wszystko na wagę: cena 1300 koron za kilogram. Smaki różne różniste i wygląd cukierka niewiele może powiedzieć o jego smaku. Trafiają się cukierki oblane mleczną czekoladę w środku nadzienie np. ze słonego anyżu. Połączenia zaskakująco wyjątkowe i pomimo, że część z nich została określona przez nas jako paskudne, to warto spróbować. Przy okazji – co się pośmialiśmy z siebie samych i naszych reakcji na smaki, to nasze 🙂 Oczywiście docieramy również pod największy kościół na wyspie, który przypomina trochę rakietę. Trafiamy przypadkowo na otwarty supermarket (sklepy spożywcze są czynne zasadniczo od 10-11 do 18-19), gdzie zaopatrujemy się w prowiant na jutrzejsze śniadanie.

Na koniec dnia (dziwnie to brzmi w czerwcu na Islandii, gdzie 24 godziny na dobę jest jasno) wybraliśmy sie do Blue Lagoon. Jedziemy tam ze świadomością, że i tak już jest zamkniete (Blue Lagoon czynne jest do 21), ale chcemy zobaczyć ten najpiękniejszy ściek. Ściek, gdyż jest to odpad z pobliskiej elektrowni, gdzie ciepło wód geotermalnych wykorzystywane jest do produkcji prądu, a schłodzona woda – do kąpieli. Schłodzona, nie oznacza zimna- w basenach kąpielowych woda ma temperaturę około 37-39 stopni. W tych, które mamy okazję oglądać, jest znacznie chłodniejsza- pewnie z 20 stopni. Przy następnej okazji trzeba będzie wrócić i skorzystać. Jasnobłękitna woda wśród czarnych pól lawowych wygląda pięknie. Do hostelu znów wracamy po północy. Jutro czeka nas długa droga na Fiordy Zachodnie, do Sudureyri.

One comment

  1. DK · Kwiecień 15, 2012

    Polecam rejsy na wieloryby z Husaviku, tam jest więcej gatunków, większa szansa na wielkie walenie: humbaka i płetwala błękitnego. Płynąłem tam 2 razy i widziałem oba gatunki. W Reykjaviku widziałem tylko kilka płetwali karlowatych i …też delfiny. Pozdrawiam!

Comments are closed.