Islandia dzień szósty: Akureyri i okolice

W Akureyri czekała nas miła niespodzianka. Hostel, który wybraliśmy, istnieje od niecałego miesiąca i nie wszystkie pokoje są jeszcze gotowe. Nasz też okazał się jeszcze „under construction” i dostaliśmy lepszy pokój w starej cenie, a że przed wyjazdem zastanawialiśmy się właśnie nad tym pokojem, to w ten sposób zaoszczędziliśmy w trzy osoby 6000 koron (około 150 złotych). Rano (tylko nie myślcie, że to było to skoro świt) wsiadamy w samochód i ruszamy w drogę. W planie mamy wodospady Godafoss, Dettifoss i Selfoss, jaskinie Grjotagja i pola fumaroli w Hverir. Zagadani, zamiast skręcić i pojechać drogą główną, jedziemy prosto boczną drogą. Zanim opuściliśmy jeszcze asfalt, „atakuje” nas ptak. Zupełnie nic nie robiąc sobie z jadącego samochodu, leci z nami na czołówkę i wpada na przednią szybę. Na szczęście obyło się bez ofiar: ptak odleciał w stronę pobliskiego jeziorka, a szyba pozostała cała. Tak na marginesie: tutejsze ptaki za nic mają ruch samochodowy i zupełnie się nie przejmują nadjeżdżającymi pojazdami, schodząc z ulicy leniwym krokiem parę metrów przed. Paręnaście kilometrów dalej spostrzegamy swój błąd. Droga asfaltowa zamienia się w szutrową o oznaczeniu F, czyli tylko dla pojazdów terenowych. Faktycznie samochodem osobowym można mieć problem z jej przejechaniem. Zawracamy.

Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i w międzyczasie poprawia się pogoda: znikają chmury i zaczyna mocno świecić słońce. Docieramy do wodospadu Godafoss i ogarnia nas lenistwo. Wodospad sobie szumi, słońce świeci, wiatr nie wieje, a mech mięciutki. Przy okazji spostrzegamy też niezwykłą dla Islandii restaurację poza miastem.

Mijamy jezioro Myvatn, które w przewodnikach opisywane jest jako miejsce warte zobaczenia, aczkolwiek pobyt tam mogą uprzykrzać stada komarów. Komarów nie stwierdziliśmy, a widok jeziora… no cóż: na Islandii nietrudno o ładniejsze.

W drodze do jaskini Grjotagja trafiamy do Dimmuborgir. Jest to obszar, na którym możemy podziwiać pozostałości wypływu lawy (a jakże by inaczej ) z kraterów Ludentarbogir. Według przewodnika jest to jedyne miejsce na Ziemi, gdzie tego typu wytwory możemy zaobserwować na lądzie. Wierzymy na słowo.

W końcu trafiamy jednak do jaskini Grjotagja. A trafić tam nie było łatwo: po pierwsze droga, która prowadzi do jaskini jest zamknięta bramką/furtką, niczym wjazd na prywatną posesję. Od napotkanego Islandczyka dowiedzieliśmy się, że śmiało możemy jechać, bowiem furtka jest tylko po to, by owce nie uciekały na główną drogę, oraz że tego typu rozwiązania są dość powszechne w tym kraju. Po drugie: jaskinie nie są jakieś wielkie, samo wejście do nich nie przekracza wysokości jednego metra, a i one same znajdują się raczej pod poziomem drogi. Znaleźliśmy je tylko dlatego, że przed nimi zaparkowany był samochód (skoro na Islandii parkuje samochód – wiedz, że coś się dzieje). Woda w jaskini jest ciepła – około 40 stopni, lekko tylko „pachnie” siarkowodorem. Nie odstrasza to jednak chętnych do kąpieli i jak tylko skończyliśmy robić zdjęcia, do wody wskoczyło z 10 osób.

Po powrocie na asfalt trafiamy na elektrownię geotermalną, która zaopatruje w prąd Akureyri. A jeśli na Islandii spotkacie elektrownię, to na pewno w pobliżu, w jej „ściekach”, są baseny geotermalne, w których można się wykąpać. Te tutaj są nieco tańsze niż Blue Lagoon pod Reykjavikiem. Wstęp kosztuje około 70 złotych (2800 koron), a i z basenów nie widać budynków elektrowni.

Za następną górą natrafiamy na Hverir, czyli obszar gdzie można spotkać mnóstwo fumaroli. W powietrzu unosi się zapach siarkowodoru, a z licznych dziur w ziemi wydobywa się para wodna. Trafiają się też kałuże z wrzącym błotem. Zastanawiamy się, czy krajobraz jest bardziej marsjański, czy wenusjański.

Opuszczamy obcą planetę i kierujemy się w kierunku wodospadów Sellfoss i Detifoss. Po drodze odbijamy jeszcze z drogi głównej na Kraflę, do jeziorka Viti. Mieści się ono w kraterze po erupcji wulkanu w 1742 roku. Woda w jeziorku jest ciepła, zresztą nie ma się co dziwić, jest to jeden z aktywniejszych rejonów Islandii. Na przydrożnym „parkingu” trafiamy na efekt poczucia humoru Islandczyków: zainstalowany prysznic z ciepłą wodą. Niestety, toaleta nie była podłączona do kanalizacji. W końcu dojeżdżamy nad Sellfoss i Detifoss. Oba położone są blisko siebie, zaledwie parę minut spacerkiem „wzdłuż” rzeki. Wodospady to już ostatni punkt naszej dzisiejszej wycieczki, czas wracać do hostelu i wyspać się przed ostatnim dniem. W drodze powrotnej chcieliśmy zjeść coś w restauracji przy wodospadzie Godafoss. Niestety, spóźniamy się parę minut i restauracja już jest zamknięta. Jest 22:33 a restauracja czynna do 22:30 (posiłki można zamawiać do 22:00).

0 comments

Dodaj komentarz