Islandia dzień siódmy, ostatni: zdobywamy koło podbiegunowe (prawie)

Niestety – przyszedł ten dzień, w którym trzeba się ostatecznie pakować. Wrzucamy plecaki do bagażnika i idziemy leniwym krokiem na spacer po Akureyri. Musimy się dzisiaj zdecydować, czy mamy dzień lenia i idziemy pobyczyć się w ciepłych wodach Myvatn Nature Bath, czy jedziemy na północ, pod samo koło podbiegunowe. Na zaliczenie obu opcji mamy zdecydowanie za mało czasu – przed nami jeszcze długa droga na drugi koniec wyspy, na lotnisko (lot mamy po 9 rano następnego dnia). Podczas spaceru natrafiamy na kilka zdjęć (wystawę?) miasta z przełomu XIX i XX wieku. Prawie nic się nie zmieniło przez ten czas. Natykamy się też na tubylców: niegroźne trole.

Jeszcze tylko zakup pamiątek, kartek, południowa kawa i herbata i opuszczamy Akureyri i jedziemy w kierunku koła podbiegunowego. Po drodze mijamy Husavik, do którego zajrzymy na trochę dłużej w drodze powrotnej. Ostatnie mniej więcej 60 kilometrów pokonujemy drogą szutrową. Zazwyczaj po drodze szutrowej jeździliśmy powoli, we znaki dawały się lecące spod kół kamienie. Ta droga była równa niemal jak stół, a ilość kamieni wylatujących spod kół była znikoma. Mogliśmy spokojnie jechać z maksymalną dopuszczalną prędkością na tej drodze czyli 80 km/h. Za nami unosiła się tylko chmura pyłu.

Ostatnie półtora kilometra do latarni morskiej Hraunhafnartangi pokonujemy pieszo. Jest to najdalej wysunięty skrawek Islandii (a przynajmniej oprócz małej wyspy Grimsey, należącej do Islandii, leżącej trochę bardziej na północ). Pogoda, jak na niemal koło podbiegunowe, jest zaskakująca: ciepło, bezwietrznie i prawie bezchmurnie. Sielski nastrój zakłócają jedynie mewy (chyba to były mewy), które uparcie nas atakowały. Upodobały sobie najwyższego z nas, Maćka, który parę razy oberwał od nich po głowie. Idziemy jeszcze parę metrów na północ, na sam skraj nabrzeża i… trzeba wracać.

To jest już koniec… Wracamy do domu.

Na nabrzeżu koło latarni można znaleźć mnóstwo drewnianych kłód, prawdopodobnie przyniesionych tutaj przez prądy morskie z Syberii.

Zanim wsiedliśmy do samochodu, obejrzeliśmy jeszcze przemarsz owiec „arktycznych”. Czeka nas teraz około 550 km po islandzkich drogach. Na pierwsze szczęście w większości będzie to główna „1″. Na drugie szczęście mamy spory zapas kuponów na darmową kawę na stacjach benzynowych, jakoś przeżyjemy „noc” za kółkiem. W pobliskim miasteczku Raufarhöfn odbieramy certyfikaty dotarcia do latarni morskiej na niemal kole podbiegunowym.

Około 22 docieramy do Husaviku. Zostało nam jeszcze trochę gotówki w portfelu, więc idziemy na obiad. O dziwo – mimo późnej pory czynne są co najmniej dwie restauracje przy porcie. Zamawiamy ryby o dość egzotycznych nazwach (a żebym to ja pamiętał jakie) i jako przystawkę islandzkiego śledzia. Śledź ląduje na stole razem z 50ml lokalnej wódki – Brennivín. Niestety, jako kierowca nie mogłem spróbować, ale za to Ania wypiła. W smaku jest lekko słodkawa, z kminkowym aromatem. Dosyć mocna (zazwyczaj służy do popijania hakarla, czyli zgniłego rekina, ale tego akurat w menu nie mieli). Sam Husavik jest typowym portowym miastem (hmm, dużo powiedziane) islandzkim, żyjącym obecnie z połowu ryb, jak i z turystyki – rejsy na wieloryby itp.

Powoli czas jechać dalej. Zatrzymujemy się jeszcze by zrobić zdjęcie Akureyri w promieniach zachodzącego słońca, jakkolwiek by to brzmiało w czerwcu na Islandii.

Gdzieś w środku nocy napotykamy pasące się przy drodze islandzkie konie.

Do Reykjaviku docieramy wczesnym porankiem. Miasto jeszcze śpi, a my udajemy się w stronę tego historycznego budynku.

To tutaj w 1986 roku niemal decydowały się losy współczesnego świata. Doszło wówczas do spotkania przywódców USA i ZSRR: Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa. Przez dwa dni radziecka delegacja zajmowała prawe skrzydło budynku, a amerykańska lewe i spotykały się na wspólnych obradach w salonie, w środkowej części budynku. Można powiedzieć, że właśnie tutaj skończyła się Zimna Wojna. Niestety, budynek nie jest udostępniony turystom, ale przez okno można zobaczyć, iż wnętrze jest urządzone tak samo jak jak wtedy.

Na sam koniec symbolicznie wracamy z Ameryki do Europy, mostem łączącym oba kontynenty. To tutaj spotykają się dwie płyty kontynentalne: amerykańska i europejska. Za chwilę wracamy jednak do Ameryki. Lotnisko położone jest bowiem w amerykańskiej części Islandii.

Jeszcze tylko stacja benzynowa, tankowanie do pełna i zdajemy samochód. Mina pracownika wypożyczalnie, gdy zobaczył przebieg – bezcenna. Samochód (półtoraroczny) gdy braliśmy miał przejechane 36989 km, przy oddawaniu 40771 km. Oznacza to nie mniej, ni więcej, że przejechaliśmy 3782 km. Dużo, ale jeszcze tu wrócimy.

0 comments

Dodaj komentarz