Islandia dzień pierwszy: Mini zestaw obowiązkowy

Keflavik, godzina 8:40. Nasz easyJet z Londynu Luton wylądował punktualnie na lotnisku pod Reykjavikiem.

Z samolotu wchodzimy do terminala przez rękaw. Zanim opuścimy lotnisko, czeka nas jeszcze kontrola dokumentów. Na szczęście idzie całkiem sprawnie. Po jakiś dwóch, może trzech minutach, możemy przejść do sali przylotów gdzie ma na nas czekać przedstawiciel wypożyczalni (Sixt). Miał, ale nie czekał. Dzwonimy do biura z pytaniem czy i kiedy nas odbiorą, b0 Sixt nie ma biura na lotnisku, tylko gdzieś dalej (i oferują odbiór swoich klientów z lotniska). Za trzecim razem ktoś w końcu podnosi słuchawkę i informuje nas że oczywiście nas odbierze ale zajmie im to „few minutes”. Dzięki temu poznajemy pierwsze określenie czasu według Islandczyków: „few minutes” zajęło około 20 minut. Gdy już podjeżdżamy pod biuro Sixta, okazuje się, że od terminala lotniskowego dzieli go może 200-300m. Szybciej bylibyśmy na piechotę 😉 W wypożyczalni na szczęście bezproblemowo udało nam się połączyć dwie różne rezerwacje w jedną tak, aby nie musieć w połowie pobytu na wyspie podmieniać samochodu. W efekcie za Chevroleta Lacetti kombi na tydzień zapłaciliśmy  na miejscu 180 euro (do tego jeszcze 18 euro zaliczki podczas rezerwacji on-line). Mając samochód – Islandia stoi przed nami otworem, tym bardziej że jest piękna pogoda: słonecznie, w miarę ciepło – ok. 15 stopni i bezwietrznie.

W planach mamy pojechać nad wodospad Gullfoss, Geisir, Thingvellir czyli tzw. Golden Circle. Niestety albo stety – na jednym z pierwszych rozwidleń dróg skręcamy nie tam gdzie chcieliśmy. Na szczęście, gdyż dzięki temu trafiamy do Krisuvika. W tej chwili jest to pole geotermalne z licznymi „oczkami wodnymi”. Wydobywa się z nich mocno intensywny zapach siarkowodoru, a temperatura cieczy osiąga ponad 100 stopni Celsjusza. Tam też po raz pierwszy zaznajemy prawdziwie islandzkiej ciszy. Pomimo, że wokół źródełek kręcą się grupki turystów to poza sykiem pary, panuje cisza. Po dobrej godzinie łażenia i wspinania się kierujemy się już w stronę Golden Circle przy okazji poznając kolejne kategorie islandzkich dróg.

Te zaznaczone na mapie grubą żółtą lub czerwoną linią w rzeczywistości są asfaltowe (raczej, choć są i wyjątki), brązowe to utwardzone drogi szutrowe. Drogi oznaczone cienką, żółta linią są hmm… przejezdne powoli. Jakieś 50 km od wodospadu Gullfoss pogoda stwierdziła, że pokaże nam swoje drugie oblicze. Zaczął padać mocno intensywnie deszcz. Miejscami wycieraczki nie nadążały  z usuwaniem deszczu z przedniej szyby. W taką pogodę nie było mowy o wyjściu z samochodu, a tym bardziej o pójściu gdziekolwiek dalej. Na szczęście pogoda zmienną jest i po przejechaniu kolejnych 15-20km deszcz ustąpił. To, co potem zobaczyliśmy zatkało nas i właściwie to uczucie towarzyszy nam ciągle. Widoki są wprost nie do opisania.  Gullfoss jest ogromny i wciągający. Gdyby nie brak czasu i czekające kolejne atrakcje można by tam spędzić cały dzień siedząc na trawie i wpatrując się w spadającą wodę.  Podjęcie decyzji o tym, żeby jechać dalej zabrało nam dobrą godzinę.

Następnym punktem programu był Geisir. To od niego wzięła się nazwa gejzer. Obecnie nie jest on już tak widowiskowy i właściwie rzadko wytryskuje wodą. Obowiązki przejął za to pobliski  Strokkur. Niestety, szczęścia za bardzo nie mamy – postanawia tryskać wysoko w momencie, gdy się do niego odwracamy plecami. Nieważne, czy czekaliśmy na wybuch 15 minut, czy przed chwilą właśnie wybuchł i widząc końcowe efekty odwracamy się. Strokkur robi nas w balona trzy czy czterokrotnie, wybuchając za naszymi plecami. W międzyczasie w jednym z gejzerów grupa turystów gotuje jajka. Z daleka wygląda tak jak pieczenie kiełbasy w ognisku: z długimi kijami stoją wokół źródełka. Temperatura wody 80-100 stopni.

Na zakończenie dnia jedziemy do Parku Narodowego Thingvellir. To tutaj stykają się dwie płyty kontynentalne: amerykańska i europejska. To tutaj miały miejsce ważne dla Islandii momenty, m.in ogłoszenie niepodległości. Do hostelu wracamy koło 21. Zmęczeni po poprzedniej niemal nieprzespanej nocy, chcemy zasnąć szybko. Jednak mimo, że jest tak późno, wcale nie wygląda na to, żeby chciało się ściemnić.

5 comments

  1. justynaenbarcelona · Kwiecień 11, 2012

    naprawde udalo wam sie pojechac w bardzo przystepnych cenach- w jakim okresie byliscie ?

    • kartkizpodrozy · Kwiecień 11, 2012

      Byliśmy w czerwcu 2012. Mieliśmy trochę szczęścia z rezerwacjami. W tym roku jedziemy też wczerwcy, ale chyba już tak tanio się nie uda 😉

      • justynaenbarcelona · Kwiecień 11, 2012

        ja tez jade w czerwcu, ale ceny sa bardzo wysokie !

        • kartkizpodrozy · Kwiecień 11, 2012

          W połowie czerwca zaczynają się wysokie ceny – jakby wcześniej były niskie 😉 My łapiemy się jeszcze na nieco niższe, lecimy w pierwszej połowie. A jaki masz plan?

  2. Karolina Ramos · Kwiecień 11, 2012

    Kosmos.

Comments are closed.