Islandia dzień drugi: Jesteśmy na haju

Drugiego dnia mamy plan bardzo ambitny: zobaczyć jak najwięcej się da, jadąc na wschód. Chcemy zobaczyć postrach linii lotniczych: Eyafjallajökull, może Katlę, wodospady Seljandfoss, Skogafoss, Svartifoss, odnaleźć wrak Dakoty  i może dojechac do Lodowej Laguny. Pogoda pokazuje znów swoje różne oblicza. O ile pod Seljendfoss jest bezwietrznie, to gdy podjeżdżamy pod Eyafjallajökull parę kilometrów dalej, wiatr wieje tak, że niemal wyrywa aparat z rąk.

Widać „Ej dam Wam polatać” nie lubi zbytnio gości i chce się nas pozbyć jak najszybciej. Przy głównej drodze urządzone  jest centrum informacyjno-turystyczne, przy którym można obejrzeć zdjęcia z tego miejsca podczas erupcji dwa lata temu. Porównanie zdjęć z otaczającą rzeczywistością jest niesamowite.

Niedaleko jest kolejny wulkan, który czeka w kolejce aby wybuchnąć: Katla. Chmury jednak są tak nisko, że z drogi nie sposób jej dostrzec, a na dodatek pojawiają się pierwsze krople deszczu. Wystarczy jednak minąć masyw Katli, by pogoda zmieniła się  po raz kolejny.

Próbujemy odnaleźć wrak rozbitej Dakoty. W internecie nie ma zbyt dokładnych wskazówek, gdzie dokładnie leży wrak. Na mapie mamy zaznaczony jedynie orientacyjnie rejon, gdzie można go odnaleźć. Jednak i tak jest to obszar z grubsza 2-3 km2 😉 Pytamy się w mijanym hotelu o rozbity samolot na plaży. Dostajemy wskazówki jak się tam dostać: „za strumieniem około 2km i skręcić wgłąb plaży”. Problem w tym, że nie ma żadnego zjazdu z drogi głównej, a wzdłuż niej w odległości około 5 metrów biegnie płot. W końcu znajdujemy wjazd  i jedziemy czymś, co przypomina drogę polną. Po chwili skręcamy i jedziemy przez wielkie NIC. Dookoła mamy tylko czarną pustynię, nisko zawieszone chmury ograniczają widoczność do jakichś 500m. Czujemy się jak członkowie wyprawy kosmicznej. Po dobrych pięciu minutach jazdy ogarnia nas zwątpienie, czy to aby na pewno tutaj. W zasięgu wzroku znajdujemy jedynie NIC. W końcu ukazuje się nam niespodziewanie wrak Dakoty.

Gdy tylko zrobiliśmy sobie zdjęcia przyjeżdża wycieczka w sile siedmiu czarnych aut terenowych. Aut terenowych może nie brzmi groźnie, ale to co można spotkać na naszych ulicach to są zabawki w porównaniu z tymi samochodami. Nasz białe kombi wygląda na ich tle przekomicznie 😉 Jedziemy dalej do Lodowej Laguny, przy czym jedziemy to bywa momentami lekkie nadużycie. Widoki są tak piękne i zmienne, że co jakiś czas stajemy  i robimy zdjęcia.

Pod wpływem krajobrazu czujemy się jak na haju: pomimo, że jest już po 21 wcale nie czujemy zmęczenia. Do Ice Lagoon docieramy po 22. Niestety przenikliwy wiatr nie pozwala nam cieszyć się długo widokami. Temperatura też robi swoje, od gór lodowych jest tu wyraźnie chłodniej niż gdziekolwiek wcześniej.

Wracamy. Do przejechania mamy raptem jakieś 400-450 km.

Do hotelu docieramy koło 3 „w nocy”. Po raz pierwszy doświadczyliśmy na własne oczy białej nocy. Ani na moment nie zrobiło się ciemno. Idziemy spać. Jesteśmy na haju i chcemy więcej.