Grecka majówka: Mykonos

Październik ubiegłego roku. Aegan wrzuca pulę tanich biletów z Warszawy do Aten. Decyzja może być jedna: na majówkę lecimy do Grecji. Przez kilkanaście następnych dni czytamy o greckich wyspach i szukamy tanich połączeń. W końcu trafiamy na bilety na Mykonos. I tak oto na siedem miesięcy do przodu mamy zaplanowany długi weekend majowy. Na Mykonos spędzimy trzy dni, a potem jeszcze jeden dzień w Atenach.

Mykonos nie jest wielką wyspą. Jak się okazało drugiego dnia, gdy wypożyczyliśmy quada, z jednego końca wyspy na drugi jest ok 16-18 km. Niemal wszystko skupia się wokół głównego miasta – Mykonos City (Chora). To tu znajdziemy najbardziej charakterystyczne dla wyspy wiatraki, to tu jest port, to tu znajduje się większość knajp i restauracji na wyspie. Jedynie czego brak można odczuwać to plaże. W samym miasteczku jest jedna skromna plaża w zatoczce koło portu.

Wchodząc w głąb miasteczka znajdziemy labirynt wąskich, naprawdę wąskich uliczek. I jak to na greckich wyspach – domy pomalowane są na biało, linie, będące kiedyś szczelinami między kamiennymi płytami uliczek, również malowane są na biało. W ostrym słońcu daje to wprost oślepiający efekt. Bez mocnych okularów przeciwsłonecznych ciężko się poruszać.

Kręcąc się w labiryncie wąskich uliczek wcześniej czy później trafimy na charakterystyczne wiatraki, będące symbolem wyspy, czy tutejszą Małą Wenecję (oddalone od siebie o około 100 metrów). Tak nazywana jest zatoczka w której budynki wyrastają wprost z morza. niczym we włoskim mieście. To tu są najdroższe restauracje i kawiarnie, to stąd jest najlepszy widok na zachodzące słońce.

Idąc w stronę portu mija się cerkiew Paraportiani, która powstała z pięciu świątyń – czterech wybudowanych na ziemi i jednej wybudowanej na pozostałych, tworzącej kopułę całości.

Po drugiej stronie tutejszej Wenecji znajduje się port skąd odpływają wycieczki na pobliską wyspę Delos. Tu też cumują malutkie łódki rybaków, którzy swoje połowy sprzedają przy nabrzeżu. Niestety – zamiłowanie do długiego snu nie pozwoliło nam na zobaczenie tego na żywo o poranku. Zastaliśmy jedynie kilkunastu sprzedawców kwiatów, warzyw i owoców.

Wokół brzegu jest mnóstwo knajpek, restauracji, drobnych sklepików z pamiątkami. Bardzo przyjemne miejsce na „nicnierobienie”. Zasiedliśmy w jednej z nich na mały lunch. Ceny niższe niż w sąsiedniej zatoczce, ale w głębi miasteczka można zjeść taniej (porcja pysznych smażonych kalmarów 8 euro, porcja sałatki greckiej 6 euro). Tyle, że bez takich widoków. Coś za coś 🙂 Swoją drogą, to nieco niższe ceny w knajpkach gdzieś na uboczu mogą oznaczać również mniejsze porcje lub nieco mniej smaczne jedzenie 😉

Drugiego dnia nicnierobienie nieco nas zmęczyło i wypożyczyliśmy quada, by objechać wszystkie plaże. Po południowej stronie wyspy znajdziemy te najbardziej znane, zagospodarowane plaże. Na północy plaże są raczej dzikie, bez infrastruktury. Na tych, nazwijmy je, „cywilizowanych” plażach można wynająć parasole, leżaki (komplet dwóch leżaków plus parasol 10-12 euro), a w pobliżu są kafejki, małe knajpki lub kluby, które w okolicach godziny 17-18 zamieniają się w dyskoteki.

Plaże nie są wielkie, więc w sezonie można spodziewać się tłumów. Większość z nich jest żwirowa, czasem z niewielkimi połaciami piachu.

Za to plaże na północy wyspy są niezagospodarowane. Do jednej z nich prowadzi z trzykilometrowa droga szutrowa, nie spotkaliśmy tam żadnych ludzi, tylko na skalistym obrzeżu plaży pasło się małe stadko kóz i owiec (niewidocznych na zdjęciu 😉

P.s. Do części plaż prowadzą dość strome drogi i o ile dojazd do niej wymaga „tylko” dobrych hamulców, tak powrót wymaga nieco mocy w silniku. Nasza „kosiarka” ledwo dawała radę.

0 comments

Dodaj komentarz