Dzień zero – podróż.

12:40 – bagaż zdany, karty pokładowe odebrane, przechodzimy przez kontrole bezpieczeństwa i idziemy do saloniku. Nie dane nam będzie za długo posiedzieć. Nie zdążyliśmy wypić pierwszej herbaty czy kawy, a na tablicy lotów pojawiła się informacja o skasowaniu naszego lotu. Na dole, przy check-inie,  już utworzyła się kolejka do przebukowania. Na szczęście następny lot do Frankfurtu mamy dwie godziny pózniej. Oczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: od Lufthansy dostajemy vouchery na posiłki, co oznacza ciepły obiadek na koszt cioci Lufci. Posileni wracamy do saloniku na kieliszek wina (no może dwa… albo trzy…) O 16.25 na tablicy pojawia się informacja o rozpoczętym boardingu. Przechodzimy do gatu i wsiadamy na pokład, rozpoczynając pierwszy etap podróży.

We Frankfurcie lądujemy o czasie i po krótkim panoramicznym zwiedzaniu lotniska wchodzimy do hali przylotów. Przysiadamy się do jakiegoś okna z widokiem na płytę lotniska, gdzie śmigają A380, A340, B747 czy B 777. Akurat za oknem podjeżdża do rękawa „The Magic Red Carpet” z brazylijskiej linii TAM. Tymczasem na płycie jakaś zadyma- chyba jakieś awaryjne lądowanie: pełno straży pożarnej i karetek wokół pasa startowego i eskortuje lądujący samolot.

Do następnego lotu jeszcze półtorej godziny. Nasz samolot chyba już podjeżdża do rękawa. To do potem. Miłego wieczoru.