Dzień trzeci: jedziemy nad deltę Mekongu

Budzik zadzwonił o 6:30.Kto wymyślił taką godzinę? Na szczęście punkt, z którego odjeżdżamy, jest jakieś 200 m od naszego hotelu. Zdążymy jeszcze kupić jakieś bułki na śniadanie . Okazuje się, że jedziemy z biurem Sinh Tourist i – jeśli wierzyć ichniejszym folderom – wcześniej było znane jako Sinh Cafe, biuro, które miało bardzo dobre opinie. Pakujemy się do klimatyzowanego autobusu ( jakiś kilkunastoletni Hyundai). Pozdrawiamy z wietnamskiej autostrady.

Z Sajgonu do My Tho jedziemy ponad dwie godziny. W Wietnamie chyba się nikomu nie spieszy i na autostradzie jedziemy z zawrotną prędkością ok. 65-70km/h. W My Tho wsiadamy na naszą łódkę: starą i hałaśliwą. Nie zdziwiłbym się, gdyby już taka była podczas wojny wietnamskiej. Mekong robi wrażenie. Właściwie kawałek Mekongu, bo to tylko jedna z odnóg (na Google Maps poruszamy się po cieniutkiej nitce, gdy kawałek obok jest rzeka o półcentymetrowej szerokości). Płyniemy kawałek w górę rzeki, po lewej stronie mając cały czas My Tho, a po prawej palmy i zarośla. Po jakimś czasie wpływamy w jeden z bocznych kanałów. Teraz po obu stronach rzeki pojawiają się jedynie chatki, otoczone górami kokosów i zarośla. Czasami na gliniastym brzegu stoi jakaś zdezelowana, ale ciągle sprawna łódka, będąca jedynym środkiem transportu do miasta. Bardzo interesująco wyglądają wąskie boczne kanały, nad którymi rozpościera się baldachim z liści palmowych. Na razie jednak, ze względu na wielkość łódki, którą płyniemy, nie ma możliwości wpłynięcia w taką odnogę.


Dopływamy do pierwszego punktu wycieczki, czyli wytwórni cegieł. Oglądamy cegły surowe, wypalone, piece, ale jakoś bez większego zainteresowania. Na szczęście w końcu wsiadamy z powrotem na łódkę, bo po krótkim spacerze w upale potęgowanym jeszcze żarem bijącym z pieców, chłodny wiaterek znad wody jest jeszcze przyjemniejszy.
Znowu krótki rejs i dopływamy do drugiego punktu programu, gdzie czekają nas pewne atrakcje kulinarne. Najpierw dostajemy herbatę z miodem i limonką, bardzo słodką, a pózniej kilka talerzy owoców. O ile ananas, arbuz, papaja czy banany są nam znane, o tyle owoc, nazwany przez naszego przewodnika „plum” na pewno zwykłą śliwką nie jest. Zresztą banany też nie są zwykłe, tylko o ponad połowę mniejsze od tych spotykanych w naszych sklepach. Smakują też zupełnie inaczej.


Wracamy na łódkę i znowu po krótkim rejsie wśród palm i leżących na brzegu gór kokosów dopływamy do wytwórni cukierków kokosowych. To manufaktura, gdzie słodycze wytwarzane są ręcznie, mleczko kokosowe odparowywane jest na olbrzymich patelniach nad ogniem, następnie formowane w bryły i po dodaniu orzeszków, czekolady, imbiru, czy soku z duriana, krojone na małe cukierki i ręcznie pakowane w papierki. Oczywiście kupujemy.
Wypijamy także mleczko kokosowe prosto z orzecha (za 15000 dongów czyli nieco ponad 2 złote) i spacerkiem wąską ścieżką udajemy się w głąb dżungli. A tak naprawdę to kilkadziesiąt metrów dalej czekają na nas najciekawsze środki transportu, jakimi do tej pory się poruszaliśmy. Motor dostawczy przerobiony na wersję osobową. Krótki rajd po wąskich drogach, kończy się po kilku minutach. A szkoda. 😉


Znowu krótki spacer wąską ścieżką wśród palm i kolejny ciekawy środek transportu. Tym razem to wąskie czteroosobowe łódeczki. Wsiadamy do jednej, kierowanej i wiosłowanej przez miłą Wietnamkę (zresztą niemiłych jeszcze nie spotkaliśmy), do kompletu dostajemy tradycyjny wietnamski kapelusz na głowę i ruszamy wąskim kanałem wśród zarośli. Po paru minutach spokojnego płynięcia w ciszy, dopływamy do knajpki wśród palm na lunch/obiad. Jak zwał tak zwał, ale po raz kolejny było smacznie: sajgonki/nemy z grilowaną rybą, ananasem, ziołami itp. Wietnamczycy potrafią zaskakiwać kombinacjami smaków.

Ciąg dalszy nastąpi.