Dzień szósty – w drodze do Hoi An.

Poranny widok za oknem sprawił, że pierwszą rzeczą, na jaką mieliśmy ochotę, było pójście na plażę.

Szybki prysznic, aplikacja kremu z filtrem i dwuminutowy spacer na szeroką, piaszczystą, białą, bezludną plażę. Prawie bezludną, bo kilkadziesiąt metrów od nas, rozłożyły swoje ręczniki jakieś turystki.

Krótka kąpiel w morzu sprawiła, że zachciało nam się jeść. Spacerkiem, szeroką promenadą, mając z jednej strony morze, a z drugiej czeropasmową drogę, przedzieloną pasem zieleni w postaci palm większych i mniejszych, przeszliśmy do strefy jadłodajni. Właściwie co kawałek były większe i mniejsze budki i baraczki z miejscowymi specjałami. Na chybił-trafił wybraliśmy jedną. Zamówiliśmy zupę. Po kilku minutach trafił na stół rodzaj zupy rybnej z ryżem, chyba soczewicą i ziołami. Było to naprawdę bardzo dobre. Kawałki ryby były co prawda spore, ale nie udało nam się odgadnąć co to gatunek. Dopiero póniej zauważyliśmy pod ścianą rząd kolorowych misek. Okazało się, że to taki rodzaj lodówki. W wodzie pływały różne rodzaje owoców morza, w tym także jakaś duża rybka.


Wracając do hotelu spotkaliśmy na swojej drodze pewnego pana, który zmienił nam plany na cały dzień. Planowaliśmy bowiem wymeldować się, zabrać rzeczy i przejechać autobusem najpierw na dworzec autobusowy w Da Nang, a później do Hoi An. Dostaliśmy jednak ciekawszą propozycję – przejazd 25 km do Hoi An na motorach 🙂
W samo południe pod hotel pojdjechały dwie maszyny, czerwona i czarna, nasze bagaże zostały umocnienie na bagażnikach i ruszyliśmy w drogę. Firma nazywa się Easy Rider, ma swoją stronę, nawet filmy na YouTube.
Jazda na motorze miała jedną wielką zaletę – pęd powietrza chłodził lepiej niż klimatyzacja.


Pierwszym etapem podróży były Góry Marmurowe. To 5 wyrastających z płaskiego terenu skalistych wzgórz. Zatrzymaliśmy się u podnóża jednej z gór, w Lang Da, czyli kamiennej wiosce. Jeżeli ktoś buduje sobie dom i reflektowałby na 3-metrowe marmurowe lwy, albo chciał wstawić do salonu 4-metrowy posążek Buddy, to można je tutaj kupić. 🙂 Praktycznie w każdym domu znajduje się warsztat kamieniarski i sklep, można kupić chyba wszystko wyrzeźbione z marmuru i jadeitu. Ceny… Ładna zawieszka z polerowanego marmuru o trochę diamentowym szlifie – od 40$. Niewielka jadeitowa głowa Buddy – 70$.


Ponieważ upał był spory, zdecydowaliśmy się wjechać na tą podobno najciekawszą, czyli Wodną Górę, windą. Bilet wstępu na górę to 30 000 dongów (15 000 za wstęp plus 15 000 za wjazd windą), zjazd windą kosztuje dodatkowe 15 000 dongów. Schody są strome, nierówne, marmurowe, poza tym warto zachować siły na zwiedzanie góry 🙂 .
Na szczycie można zobaczyć kilka interesujących chińskich pagód, ale największe wrażenie robi dwupoziomowa jaskinia z dużą figurą siedzącego Buddy oraz kilkoma kapliczkami. Ze szczelin w sklepieniu wpada trochę światła i te promienie przeszywające dymy kadzideł wyglądają naprawdę pięknie.
Przemieszczanie się pomiędzy pagodami i jaskiniami wymaga przemierzenia sporej ilości schodów. Zwłaszcza jeżeli ktoś zamierza wdrapać się na szczyt góry, bo tam od pewnego momentu schody znikają, a droga prowadzi po wyślizganych marmurowych głazach.
Ponieważ panowie od motorów czekali na nas na dole, postanowiliśmy wracać. Droga w dół po schodach była dosyć trudna, ale daliśmy radę. Schody nie dość, że śliskie to jeszcze o nierównej szerokości i wysokości: rozrzutność od 10 do mniej wiecej 40-50 cm –  lepiej mieć dobre buty.


Ruszyliśmy w drogę do Hoi An. Ruch na drodze był zdecydowanie mniejszy, niż ten, do którego przyzwyczaił nas już Sajgon. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy wiosce rybackiej.
Dotarliśmy dla hotelu, chwila na zameldowanie i panowie Easy Riderzy podwieźli nas do „zaprzyjaźnionego” zakładu krawieckiego. Od razu wręczono nam katalogi, po wstępnym wybraniu kilku rzeczy zaprowadzono nas do ścian z materiałami – były ich tysiące… W międzyczasie sprawnie i profesjonalnie zdjęto miarę. Jednak okazało się, że ceny naszych rzeczy są nieco za wysokie, żeby nie powiedzieć horrendalne (150$ za dwie pary sportowych męskich spodni to jednak jak na Wietnam dużo za dużo). Poprosiliśmy więc panów, żeby odstawili nas bliżej starego miasta, tam ich pożegnaliśmy i zapłaciliśmy. Koszt takiego przejazdu, z przerwą w Górach Marmurowych to 5$ za motor czyli osobę. Być może autobusem wyszłoby taniej, ale przejazd motorem przez kawałek Wietnamu to naprawdę fajna przygoda, poza tym i tak mieliśmy w planie wycieczkę w Góry Marmurowe, więc zaoszczędziliśmy trochę czasu.
Po południu wybraliśmy się na spacer po Hoi An. To spokojne miasteczko, bez wielkich hoteli (a sporo takich olbrzymich 5* resortów stoi przy drodze z Da Nangu do Hoi An), z urokliwą częścią starego miasta. Pięknie wygląda zwłaszcza wieczorem, kiedy w restauracjach po obu brzegach rzeki zapalają się dziesiątki lampionów.
Czas był już na jakiś posiłek. Na pierwszy ogień poszła bagietka z nadzieniem. Widać różnicę w smakach między południowym, a środkowym Wietnamem. Niby też było w niej mięso, jakieś smarowidło, warzywa, ale przyprawy i sosy sprawiły, że smakowała zupełnie inaczej. Cena nieco wyższa niz w Sajgonie, bo 15 000 dongów. Spacerując oddaliliśmy się nieco od tej głównej części miasta, ale za to trafiliśmy do budki, w której pani smażyła jakieś mięso. Zamówiliśmy sobie więc makaron z tym mięsem. Danie było świetne. Oprócz makaronu ryżowego i kawałków grilowanego mięsa, w miseczce była marynowana marchewka, ogórki, sałata, a wszystko posypane prażonymi orzeszkami ziemnymi. Po polaniu tego jakimiś 3 różnymi sosami (jeden zapewne rybny, jeden ostry chili, a trzeci jakiś nowy – jasny o nieokeslonym zapachu), okazało się, że jest pyszne. Cena kompletnie nas zaskoczyła: za to danie plus dwa piwa zapłaciliśmy… 20 000 dongów czyli niecałego dolara.
Ponieważ zrobiło się już ciemno, a dzień był męczący, postanowiliśmy wrócić do hotelu i popływać w basenie. Woda miała jakieś 30 stopni, niewielka ochłoda, ale super relaks. 🙂 Mieliśmy jeszcze iść na piwo, ale chyba nie damy rady… Dobranoc.