Dzień siódmy – Wietnamskie dzienniki motocyklowe czyli wycieczka do My Son.

Zaplanowaliśmy dzisiaj wycieczkę do My Son, czyli kompleksu świątyń (a właściwie ich ruin) pamiętających panowanie Czamów na tych ziemiach (takiego wietnamskiego Angkor Wat). Gdyby nie wojna wietnamska, byłoby więcej do oglądania, ale Amerykanie postanowili zrównać je z ziemią. To, co zostało można oglądać, wybierając się np. na zorganizowaną wycieczkę z Hoi An. Koszt to 5$ za osobę, jeżeli wybierze się wycieczkę autokarową, 7$ w opcji przejazd autokarem, a powrót łodką z lunchem na pokładzie. My jednak postanowliliśmy zaszaleć i wybraliśmy opcję samodzielnego zorganizowania wyprawy. Po hotelowym śniadaniu przespacerowaliśmy się do wyżyczalni sprzętu jezdżącego, czyli skuterów i rowerów. Wypożyczenie skutera Yamahy na cały dzień kosztuje 5$, rower to 1$ za dzień.

Wybraliśmy oczywiście skuter, bo odległość do My Son to jakieś 50 km i w tym upale raczej wymięklibyśmy po mniej więcej 10 km. Wypożyczenie skuterów polegało na tym, ze zapłaciliśmy panu równowartość 5$ w dongach, czyli 100 000, pan szybko przeszkolił z obsługi, zapytał o nazwę naszego hotelu i nr pokoju po czym oddał swój motor w nasze ręce. Żadnych dokumentów, żadnych formalności.
W pakiecie ze skuterem dostaliśmy mapkę z trasą dojazdu, bo drogowskazów jest tu raczej niewiele. Ale kto by tam patrzył na mapy. 😉 Prosta wycieczka zmieniła się w wyprawę w nieznane. Jak się później okazuje, pierwsze większe rozwidlenie drog a my skrecamy w niewłaściwa stronę (nie zauważyliśmy jakże ważnego punktu orientacyjnego – poczty ;)) Zorientowalismy sie, że coś nie gra po jakiejś godzinie. Na najbliższej stacji benzynowej zapytany o droge do My Son tubylec pokazuje reką w drugą stronę. Przy kolejnym większym skrzyzowniu zapytana o drogę właścicielka sklepiku pokazuje nam drogę. Robi to bez wyraźnego przekonania, zapewne po angielsku rozumie tyle, co my po wietnamsku, albo jeszcze mniej. Po 10 km zwątpienie wygrało z chęcią jazdy do przodu. Zjechaliśmy na stację benzynową, żeby spytać o drogę. Miły właściciel co prawda nie mówił po angielsku, ale narysował nam bardzo dokładną mapę, podając na niej prawie dokładne odległości w km, wszystkie zakręty. Okazało się, że do My Son mamy jeszcze prawie 50 km 🙂 w ten sposób nadrobiliśmy po wietnamskich drogach przez wsie i miasteczka ze 40 km, jak nie więcej. Ruszyliśmy więc w drogę. Wydawało się, ze teraz już będzie z górki, ale niestety… W pewnej chwili poczuliśmy, że motor jedzie jakby inaczej. Spojrzenie na tylną oponę – kapeć. Na nieszczęście byliśmy w szczerym polu, na szczęście do najbliższej wioski było ok. 1 km, jednak pchnie skutera w 40- stopniowym upale sprawia, że każdy km liczy się potrójnie… I na drugie szczęście – każda najmniejsza osada ma tutaj „autoryzowany serwis Hondy”. 😉



Okazało się, że dętka jest w opłakanym stanie: wielokrotnie już łatana, teraz jeszcze przebita w dwóch miejscach i pan naprawiacz na migi pokazał, że bardziej opłaca się kupić nową. Nowa dętka to koszt 60 000 dongów, wymiana – 20 000 dongów. W pobliskim przydrożnym sklepo-barze, w którym zadekowaliśmy się na czas wymiany dętki, napiliśmy się pepsi z lodem, odrąbanym od wielkiej kostki na zapleczu.
Lekko schłodzeni, na sprawnej maszynie, ruszyliśmy dalej. Sam dojazd do My Son jest oznakowany mniej więcej na 9 km od celu podróży. Wtedy pojawiają się billboardy i znaki. Bez problemu trafiamy więc do pierwszej bramy, gdzie znajduje się kasa biletowa. Bilet to koszt 60 000 dongów, najdroższy jak do tej pory. Kawałek dalej znajduje się punkt kontroli biletów, gdzie pan w mundurze informuje nas, że na motorze, to możemy sobie podjechać jeszcze tylko 2 km, dalej to już na piechotę. Jedziemy więc najpierw przez ciekawy most, a później kamienistą drogą w dolinie, ocienioną przez drzewa rosnące na zboczach. Szum motoru zagłuszają jakieś świerszcze i cykady, dobrze, że nie ma takich w okolicy naszego hotelu. 😉
Docieramy do parkingu, gdzie zostawiamy motor (parking płatny, 5000 dongow). Kupujemy wodę i ruszamy w drogę, już na piechotę.


My Son to kilka kompleksów budowli, oznaczonych kolejnymi literami alfabetu, między którymi wiedzie ścieżka. Turystów nie ma wielu, co jakiś czas pojawiają się niewielkie grupki. Pierwszy przystanek robimy przy kompleksie C i D. Można tutaj usiąść na ławeczkach w cieniu i delektować się widokiem ceglanych budowli na tle zielonych wzgórz. Na zmianę wychodzimy pstrykać zdjęcia i po kilku chwilach wracamy odpocząć w cieniu. Kompleks C i D zachowany jest w dosyć dobrym stanie, mimo, ze porośnięty roślinnością. Widać dekoracje, płaskorzeźby. W zespole E uwagę zwracają leje po bombach, teraz już zarośnięte, ale dające obraz tego, co działo się tu w czasie wojny. W jednej z budowli, obok ocalałych z bombardowań rzeźb i dekoracji, ustawiono dwie bomby, które Amerykanie zrzucali na My Son. Nic dziwnego, że z 71 budowli ocalało jedynie 20. W tej chwili w kilku punktach prowadzone są prace archeologiczne i restauracyjne, za kilka lat być może warto będzie tu przyjechać, żeby zobaczyć efekty.

Nie wiemy, czy to kwestia dnia, czy raczej pory dnia (jest straszny upał), ale zwiedzających nie jest wielu. Małe grupki z przewodnikami przemykają pomiędzy grupami budowli, ale na ogół jest spokój. Ale nie cisza, bo chmary cykad czy innych świerszczy koncertują na całego. Do tego dochodzą całkiem głośne ptaki. Spacerkiem przemierzamy ścieżki pomiędzy poszczególnymi stanowiskami. Dookoła latają wielkie motyle, niestety – nie chcą zapozować do zdjęcia, a uchwycić je w locie nie jest łatwo. Powoli zmierzamy do końca trasy. Wsiadamy na motor i rozpoczyna się wyścig z czasem. Do zachodu słońca mamy niecałe dwie godziny, a nie chcemy wracac w ciemnościach do Hoi An.

Na szczęście gubimy się tylko raz, a właściwie wjeżdżamy na inną droge do Hoi An. Okazuje się, że do miasta wjeżdżamy niemal przy samym hotelu i nie będziemy musieli się przeciskać przez wąskie uliczki. Po powrocie do hotelu niespodziewanie 😉 spotykamy Mleka z żoną, którzy także dotarli do Hoi An i czekają na busik do miasta. Nasz hotel znajduje się jakiś kilometr, może półtora od starówki, dlatego zapewnia bezpłatny transfer. Spacer zajmuje jakieś 15 minut. Szybka kąpiel w hotelowym basenie, żeby trochę się trochę ochłodzić, oddajemy motor właścicielowi i dołączamy do państwa Mleków. Najpierw kolacja na brzegu rzeki (na brzegu oznacza, ze dzieli nas od niej jakieś 5 cm w bok i jakieś 1,5 m w dół) – makaron z mięsem i dodatkami za 20 000 dongów/porcja. Przechodzimy na drugi brzeg rzeki, gdzie miejscowe restauracje serwują piwo po 4 000 dongów za kufelek 0,25 l. To jakieś 70 groszy.
Jeszcze krótki spacer po starówce na dobranoc i czas spać.
A, jeszcze jedna uwaga: jeżeli ktoś zamierza wypożyczyć motor w Wietnamie, niech przed jazdą zabezpieczy się przed słońcem. Teraz już wiemy, dlaczego Wietnamki jeżdżą na motorach w bluzach, kapturach i rękawiczkach, mimo upału. Nas czeka ciężka noc ze spieczonymi stopami, kolanami, ramionami i dłońmi. Słońce świeci tu właściwie pionowo z góry, więc to były części najbardziej narażone na jego działanie…
PS: Fajnie jest się poczuć niczym Clarkson i na skuterze pojeździć po Wietnamie. Nie jest to aż tak straszne jak się wydaje, chociaż po Sajgonie chyba bym się jeszcze nie odważył jeździć;)