Dzień siódmy: Batumi i Kutaisi

Z Dawid Garedża wracamy koło 18. W sam raz, aby przejść się jeszcze ulicami Tbilisi (właściwie to nie poznaliśmy zupełnie tego miasta), zjeść obiad, odebrać plecaki z hotelu i pojechać na dworzec. Czasu mieliśmy teoretycznie dość sporo, jednak podczas obiadu w restauracji dostaliśmy zaproszenie do rozmowy od siedzącego przy sąsiednim stoliku mężczyzny. Okazało się, że nasz „sąsiad” to lekarz z Mińska, właściciel małej kliniki. Opowiedział nam trochę o życiu na Białorusi, dostaliśmy zaproszenie do Mińska. Oczywiście opowieści nie toczyły się na sucho, co chwilę szklanka zapełniała się czaczą. Poznajemy tez kolejny gruziński przysmak: „greckie warenje orjechy”. Są to nasze włoskie orzechy, które zrywa się z drzewa zanim wykształci się twarda skorupka i gotuje w słodkim syropie. Pycha.

W końcu jednak jedziemy na dworzec. Mieści się on w centrum handlowym. Jak widać już/jeszcze są dekoracje bożonarodzeniowe (a byliśmy tam w trakcie prawosławnej Wielkanocy).

Pociąg mamy po 22. Bilety kupiliśmy już w Polsce, przez internet. Wydrukowane potwierdzenie wystarczy pokazać konduktorowi w pociągu. Nie ma potrzeby wymiany mailowego potwierdzenia na bilety w kasie. Wagony mają już swoje lata i nie oferują może zbyt dużego luksusu, ale jest czysto i każdy dostaje jednorazową pościel. Przedział jest czteroosobowy. Nas jest trójka, dosiada się do nas jeszcze dziewczyna, prawniczka z Tbilisi, która pracuje w Batumi w oddziale Transparency International.

W przedziale jest duszno, ale udaje nam się usnąć. Budzimy się po 6 rano. Z okna pociągu widać Morze Czarne. Niebo jest zachmurzone, zapowiada się, że jedyny dzień, spędzony nad morzem, będzie jednocześnie jedynym z brzydką pogodą.

Wysiadamy z pociągu. Od razu atakuje nas grupa taksówkarzy i przerzuca się ofertami. Dworzec kolejowy znajduje się w miejscowości Makhindjauri, kilka kilometrów od samego Batumi. Decydujemy się na jedną z taksówek. Za cztery osoby płacimy 8 lari. Nasz taksówkarz dowozi nas do dworca autobusowego, gdzie jest przechowalnia bagażu. Stamtąd po południu ruszymy marszrutką do Kutaisi. Oczywiście o tej porze (jest koło 7) dworzec dopiero budzi się do życia. Jak to już w Gruzji bywa, wszyscy wszystkich znają. Nasz taksówkarz dzwoni do właścicielki przechowalni, że już ma pierwszych klientów. Na razie wypijamy poranną kawę w jednym z barów na przydworcowym targowisku i czekamy, aż zjawi się właścicielka przechowalni bagażu. Ponieważ nasze plecaki mają dodatkowe obciążenie w postaci kilku butelek wina i słoików z orzechami włoskimi w zalewie, trudno byłoby nam z nimi spacerować. Zostawiamy bagaże (7 lari za 4 sztuki bagażu) i ruszamy spacerkiem nad brzeg morza. Z naszym taksówkarzem umawiamy się jeszcze na popołudnie.

Poranek jest pochmurny, w oddali jeszcze widać podnoszącą się mgłę. Miasto jeszcze śpi.

Idziemy nadmorskim deptakiem i podziwiamy „perełki” tutejszej architektury. Nie brakuje nawiązań do znanych budynków z Londynu, Dubaju itd.

Co jakiś czas przy deptaku pojawiają się nowoczesne rzeźby.

Przy plaży znajduje się również tutejszy uniwersytet.

W pewnej chwili jakiś mężczyzna zwraca naszą uwagę, wskazując na morze. Okazuje się, że do plaży przypłynęło stado delfinów. Wydaje nam się, że było ich ok. 10-12. Widać było, że prawdopodobnie trafiły na jakieś śniadanie, bo kręcą się w jednym miejscu.

Naszym celem jest polski akcent w Batumi, czyli:

Ulica ta znajduje się na samym końcu długiego nadmorskiego deptaka, jest początkiem drogi dojazdowej na lotnisko. Spacer wzdłuż deptaka zajmuje nam sporo czasu, co chwilę zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcia. Batumi zadziwia kontrastami. Nad brzegiem morza luksusowe hotele typu Sheraton sąsiadują z wielkopłytowymi odrapanymi blokami. Między budynkami z odpadającymi płytami azbestowymi rosną drapacze chmur. Chińskie domki w japońskich ogródkach mają w tle młyn w stylu Moulin Rouge i monumentalne (akurat remontowane) hotele z czasów świetności ZSRR.  Nie brakuje też kolejnych przejawów sztuki  – pomników ze stalowych rur itp. Jednym słowem – architektoniczny miszmasz.

W głębi miasta można spotkać odrestaurowane budynki, oczywiście „na bogato”. Dla kontrastu tuż obok stoją zwykłe wieżowce z wielkiej płyty, zdecydowanie pamiętające swoje lepsze czasy.

W międzyczasie kupujemy sobie drobną przekąskę, w tym gorący gruziński chleb. Nasze śniadanie jemy prawie w Sheratonie 😉 w parku pod hotelem.

On wie co w Gruzji dobre. 😉

Nie udało nam się znaleźć knajpki, w której podawaliby świeże ryby. Może dlatego, że nie rozpoczął się jeszcze sezon turystyczny, a może nie trafiliśmy w odpowiednie miejsce (później okazuje się, że Radek z Małgosią znaleźli jakąś knajpkę z rybami po ponad trzech godzinach poszukiwań).

Po południu jedziemy do Kutaisi, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Odbieramy bagaże, nasz poranny taksówkarz organizuje nam transport marszrutką. Trochę kombinowania, bo to jakaś marszrutka, która ze względów oszczędnościowych nie wjeżdża na dworzec, żeby nie uiszczać opłaty. Podjeżdżamy taksówką na jakiś parking. Kiedy czekamy na właściwą marszrutkę, zaczepia nas mężczyzna w średnim wieku. Okazuje się, że to pracownik gruzińskich służb specjalnych (a przynajmniej taką legitymację nam pokazał) 🙂 W trakcie towarzyskiej pogawędki dowiedzieliśmy się, że w Batumi akurat przebywa premier Gruzji, który prowadzi rozmowy z autonomicznym rządem Adżarii. Widzieliśmy wcześniej spore zbiegowisko w centrum miasta, ale funkcjonariusze, których tam pytaliśmy co się dzieje, nie byli skłonni do wyjaśnień 🙂 W końcu nadjeżdża nasz środek transportu, koszt przejazdu do Kutaisi to 10 lari za osobę.

Dojeżdżamy na dworzec w Kutaisi. Krótka analiza mapy i postanawiamy jednak wziąć taksówkę, która dowiezie nas do hostelu. Marszrutki zatrzymują się na obrzeżach miastach, około 4-5 km od centrum.

Nasz hostel, Kutaisi Hostel Center, mieści się kilka kroków od starego miasta. I to jego największa zaleta. Dwuosobowy pokój, który zarezerwowaliśmy okazuje się wydzieloną częścią holu. Ściany kończą się jakieś pół metra od sufitu, w środku znajduje się łóżko i wąski pasek (około 40 cm) podłogi, plecaki musimy schować do szafy, bo inaczej nie byłoby gdzie stanąć. Ponieważ zajęte są wszystkie łóżka (ok. 15 osób), a do dyspozycji jest tylko jedna łazienka z prysznicem, szybko tworzy się kolejka. Większość kolejkowiczów to nasi rodacy, którzy następnego dnia będą wracali tym samym samolotem co my, przewidując poranną kolejkę nastawiamy budzik na 6.30 😉

Postanawiamy spędzić nasz ostatni urlopowy wieczór na delektowaniu się gruzińskimi przysmakami. Nasz wybór pada na jedną z knajp przy głównym placu starego miasta. Kebap, khinkali, sałatka gruzińska, kilka piw i już zaczynamy tęsknić za Gruzją 🙂

Rano, zamówioną wcześniej taksówką, przejeżdżamy na lotnisko. Koszt – 20 lari na 4 osoby.

Jesteśmy dosyć wcześnie. Foliujemy nasz bagaże i z dwóch plecaków robi się jeden bagaż rejestrowany. Kolejka do checkinu jest całkiem spora – w Kutaisi nie obowiązuje odprawa przez internet i każdy ze 150-160 pasażerów musi podejść po odbiór swojej karty pokładowej, niezależnie czy ma bagaż rejestrowany, czy nie. Spotykamy kilkoro znajomych. 🙂 Tablica odlotów na razie dosyć skromna – tylko dwa loty: do Warszawy oraz Kijowa. Na lotnisku nie ma właściwie nic, oprócz informacji, punktu foliowania bagażu i dystrybutorów z wodą. Jest też darmowe Wi-Fi. Trwają jeszcze prace wykończeniowe. Są wygodne siedziska, na których można leżeć.

Do kontroli bezpieczeństwa ustawia się dosyć długa kolejka, która posuwa się raczej powoli. Daje nam to czas na pogawędkę z chłopakiem, który dotarł do Gruzji autostopem przez Turcję. Kontrola jest dosyć dokładna, po niej odprawa paszportowa z kolejnym zdjęciem z kamerki. Kontrola bezpieczeństwa jest na tyle upierdliwa, że spora część ludzi traci zapasowe baterie i akumulatorki do swoich aparatów, kamer itp (jeśli bateria była w sprzęcie było OK, jeśli luzem – niestety kazali wyrzucać). Hala odlotów przestrzenna i – jak na obecny ruch na lotnisku – spora, dosyć dużo miejsc siedzących. Widać miejsce na sklep duty free, którego na razie brak.

W końcu nadlatuje nasz samolot. Z lekką zazdrością patrzymy na tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z Gruzją.

Ale pewnie jeszcze tu wrócimy 🙂

4 comments

Dodaj komentarz

  1. chris · Maj 25, 2013

    ach fajnie się czytało my właśnie wróciliśmy z Gruzji i już cholernie tęsknimy a jutro do pracy dzięki pozdrawiam

  2. Aster · Maj 25, 2013

    mam pytanie o pociągi – na jakiej stronie kupiliście bilety i czy nie będzie problemu ze spaniem w piątkę w 1 przedziale?

  3. Paweł · Maj 25, 2013

    Hej,
    bilety kupowaliśmy na stronie kolei gruzińskich: http://tickets.railway.ge/login.aspx?lang=en-US Aby kupić bilet musisz założyć konto. Jeśli chcesz kupić bilet do Batumi musisz wyszukać stacji Makhindjauri (miejscowość tuż przed Batumi). Do samego Batumi pociągi osobowe nie dojeżdżają. Jeśli chcesz jechać nocnym to musisz wyszukać „Carriage with compartments” Trochę pokręcona ta wyszukiwarka ale da się wyszukać.

    Co do spania w piątkę to nikt nie sprawdza ile w przedziale jest osób, o ile wszyscy mają bilety ofc ale miejsc do spania jest tylko 4.

  4. Joanna · Maj 25, 2013

    Ja też wróciłam z Gruzji, jestem zachwycona nią i ludźmi. Mieszkaliśmy w hostelukutaisi gdzie wszystko zorganizował nam Konstantin i jego żona Ania. Cudowni ludzie wspaniały hostel a raczej willa z pysznym jedzonkiem i cudowną trasą.