Dzień pierwszy, czyli jak staliśmy się milionerami.

Z Frankfurtu wylecieliśmy późnym wieczorem, odstając swoje w kolejce na pas startowy. Samolot miał pełne obłożenie, przynajmniej w klasie ekonomicznej. Jak się poźniej okazało, większość pasażerów zakończyła swoją podróż w Bangkoku, gdzie mieliśmy międzylądowanie. Jumbo Jet ma całkiem sporo miejsca na nogi, jednak fotele w rzędzie są ustawione dość blisko, przez co jest ciasno. To i w sumie dość słaby nadmuch klimatyzacji spowodowało, że w nocy było po prostu gorąco. Lepszy za to był catering – na kolację do wyboru 3 dania, w tym kurczak po tajsku.

Miedzylądowanie w Bangkoku trwało zbyt krótko, żeby zobaczyć coś więcej, niż strefę tranzytową, ale było miłym przerywnikiem na rozprostowanie nóg. Transfer pasażerów lecących dalej do Sajgonu był świetnie zorganizowany, przy każdym zakręcie czy schodach byliśmy kierowani we właściwym kierunku. 
Lot do Sajgonu trwał nieco ponad godzinę, ale obłożenie miejsc w klasie ekonomicznej było już dużo mniejsze, wiecej było miejsc wolnych, niż zajętych przez pasażerów.

Po wylądowaniu na lotnisku w Sajgonie, udaliśmy się po wizy. Kolejka oczekujących była spora i mimo, że dosyć sprawnie się przesuwała, to po złożeniu wniosku trzeba było odczekać swoje, żeby odebrać paszport z wizą. No cóz, biurokracja górą. Zajęło nam to niemal dwie godziny, na tyle długo, że uciekł nam ostatni autobus linii 152, jadący do centrum miasta. W międzyczasie staliśmy się milionerami, wymieniając dolary na dongi. Jeden dolar to ponad 21 tysięcy dongów. Za 300 dolarów dostajemy ponad 6 milionów. Spora kupa kasy;). Przespacerowliśmy się kilka kroków do terminalu krajowego, aby tam złapać taksówkę do hotelu. Przy wyjściu z terminalu wywieszone jest tablica, gdzie zostawiono ceny przewozu rożnych korporacji taxi. Szybkie zameldowanie w hotelu i pierwszy wieczorny wypad na miasto.
Hotel mamy praktycznie w centrum miasta. Trafiamy na targ, gdzie jemy pierwszy wietnamski posiłek. Menu na szczęście jest w wersji obrazkowej z dopiskami po angielsku, więc wiadomo, co zamawiamy. Na stół trafiają dwa rodzaje sajgonek oraz dwie wersje lokalnego makaronu. Nie zabrakło oczywiście też piwa (bardzo dobre). Koszt? Za 4 osoby jakieś 12 dolarów. Po obiedzie/kolacji krążymy jeszcze po mieście, docierając do jednego z kanałów Mekongu. Zmęczeni wracamy do hotelu, po drodze zjadając jeszcze zupę pho, a na deser owocowe shaki. Smak truskawek rządzi:). Idziemy spać.