Dzień piąty: opuszczamy Sajgon

Dzień piąty: opuszczamy Sajgon

To już nasz ostatni dzień w Sajgonie. Rano pakujemy się, wymeldowywujemy się z hotelu, rozliczamy się za wypitą puszkę Pepsi (cena hotelowa to 15 000 dongów) i zostawiamy bagaże na recepcji. Idziemy wzdłuż Mekongu (właściwie jednego z Mekongów;)) w stronę ogrodu botanicznego i ZOO w jednym. Po drodze dopada nas „przenośny sklep optyczny”, czyli Wietnamka obwieszona okularami słonecznymi. Z racji tego, że swoich okularów nie mam, a słońce jednak świeci dość mocno 😉 przymierzam kilka sztuk. W końcu kupuję takie ze znaczkiem Ray Bana za jedyne 6-7$. Wyglądają całkiem znośne, ale czy są to RB, czy tylko mają znaczek – tego nie wiem, zresztą mało istotne – ważne, że trochę lepiej się ogląda świat. 😉


Docieramy do ZOO, które jest małe, dużo mniejsze od tego które mamy we Wrocławiu. Sporo jest ptaków, trochę gadów (węże i jaszczurki: iguany, itp) oraz standardowy zestaw ssaków, czyli słoń, żyrafa, nosorożec, hipopotam, niedźwiedź, tygrys, lew, małpy (głównie gibony), parę gatunków jeleni i antylop. Warunki zwierzaki maja dość ciężkie: małe klatki i wybiegi, małe zbiorniki wodne itp. Najwięcej życia wykazują wydry, które baraszkują na swoim wybiegu. Koło klatki z małpami grasuje Wietnamka z marchewkami. Wciska nam, żebyśmy rzucali gibonom, jako przysmak, po czym wyciąga rękę ze słowami „mani, mani” (money, money). Chce 50 000 dongów co kwitujemy śmiechem. Kończy się na tym, że daje nam jeszcze dwa pęczki pokrojonej marchewki i dostaje 10 000. No cóż, czasem się zostaje naciętym. 😉
Wychodząc z ZOO zaglądamy do Muzeum Historycznego. Wrażenia mieszane: muzeum jest małe, wizyta w nim zajęła niecałe pól godziny, eksponatów nie ma za wiele (sami się przyznają, że eksponaty zbierali przez pierwsze dziesięciolecie XXI wieku). Można zobaczyć trochę przedmiotów użytkowych z czasów epoki brązu, trochę figur przedstawiających m.in Buddę, Shiwę, Garudę z okresu pomiędzy XI a XIX w. Nas muzeum nie zachwyca.

Zmierzamy do hotelu, po drodze zaspokajając nasz głód: na początek zapachniały nam gofry i małe trójkątne biszkopciki, wypiekane na płycie węglowej prawie pod gmachem opery. Jako druga do brzucha wpada bagietka w podobnej kompozycji co dzień wcześniej. Ta jednak jest pikantniejsza. Tuż obok naszego hotelu zjadamy kurczaka z ryżem w sosie limonkowo-ostrym.

Jest już na tyle póżno, że musimy jechać na lotnisko, zwłaszcza, że autobus na lotnisko (linia 152) kursuje tylko w godzinach 6:00-18:00. Bilet kosztuje 4 000 dongów od osoby, musimy jeszcze zapłacić za bagaż. W sumie za dwie osoby i dwa plecaki płacimy 12 000. Resztę dostajemy w…. monetach! Pierwszy raz je widzimy, ba – nawet nie wiedziałem, że są w obiegu. Zostaną na pamiątkę. Terminal krajowy jest mały. Pierwsze wrażenie jakie miałem na widok części ogólnodostępnej to spory dworzec autobusowy lub kolejowy. 😉 Lotnisko nie jest zbyt wielkie, raptem koło 90 stanowisk odprawy (o tej porze większość nieczynnych), 14 bramek. Odprawiamy się dość sprawnie, cała procedura z nadaniem bagażu, odprawą i odbiorem kart pokładowych trwa może z półtorej minuty. Mając już karty pokładowe, krążymy po terminalu, próbując go zwiedzić. Za dużo to tam nie ma, raptem jedno czy dwa biura z biletami, jedna restauracja i jakiś sklepik z bułkami. W międzyczasie na tablicy odlotów pojawia się informacja o odwołanym locie Vietnam Airlines do Danangu. Ciśnienie nam chwilowo podskoczyło, na szczęście okazuje się, że odwołali lot o 19:30, my lecimy o 20:30. Przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i idziemy do hali odlotów. Sklepiki są właśnie zamykane, więc za dużo oglądania nie będzie. W jednym ze sklepików znajdujemy polski akcent: wódka Belvedere (0,75l) za 775 000 dongów czyli ponad 35$. Są tez komputery z darmowym dostępem do internetu, przynajmniej teoretycznie bo żadnego nie udało mi się zmusić do współpracy. Boarding bardzo sprawny, przez rękaw, jedna pani szybko skanuje karty pokładowe i odrywa swój kawałek. Samolot Airbus 320 nieco wysłużony, jeden podłokietnik nie działa. 12 foteli znajduje się w klasie biznes, w klasie ekonomicznej nie ma 13 rzędu (my siedzimy w 12, za nami już 14). Chwilę po starcie dostajemy pakowane pojedynczo chusteczki odświeżające i małą butelkę wody. Godzinny lot mija bardzo szybko, wkrótce widać już światła Da Nangu.


Lotnisko w Da Nang jest średniej wielkości (mniej więcej takie jak we Wrocławiu). Ma przejście tranzytowe. Z samolotu wychodzi się także rękawem. Po odbiorze bagażu kierujemy się do informacji turystycznej, żeby sprawdzić jak możemy dostać się do hotelu. Niestety, żadne autobusy już nie jeżdżą (jest już 22.00). Jesteśmy skazani na taksówkę albo 5-kilometrowy spacer.
Przy wyjściu z terminala sprawdzane są kwitki bagażowe. Oczywiście nasz kwitek gdzieś wsiąkł. Nerwowo przeszukujemy kieszenie, torby, paszporty. W końcu pan kontroler podchodzi do nas, jako jedynych, ktorzy pozostali w terminalu. Porównuje nazwisko na bagażu z paszportem i wypuszcza.
Po wyjściu z terminala rzuca się do nas dwóch taksówkarzy, ale najpierw podchodzimy do tablicy z wywieszonymi stawkami za kursy. O negocjacjach za bardzo nie ma mowy o tej porze, 10$ wydaje się być na tutejsze warunki wygórowaną, choć jak na nasze kieszenie wcale nie zabójczą. Okazuje się, że hotel jest w bocznym zaułku. Może to i dobrze, że wzięliśmy taksówkę, zaoszczędziło nam to sporo czasu.
Meldujemy się w hotelu, zostawiamy rzeczy i ruszamy nad morze. Mimo, że jest już ciemno, część plaży oświetlona jest silnymi reflektorami. Nad zatoka góruje oddalony o jakieś 10km wielki posąg… nie, nie Ho Chi Minha a Buddy. Wielki niczym Jezus w Świebodzinie.
Plaża, jak i deptak przy niej, są prawo puste. Idziemy sobie spacerkiem brzegiem morza poludniowochińskiego, oczywiście zanurzając nogi. Woda jest ciepła. Na plaży siedzi kilka par randkowych i krążą zbieracze krabów. Po śladach na piasku zgadują, gdzie może być zakopany skorupiak i łopatka sprawnie go wygrzebują. Wracamy spacerkiem do hotelu i zasypiamy migiem. A, czy pisaliśmy już, że mamy pokój z widokiem na morze?