Dzień ósmy i dziewiąty i pół: dzień leniwca.

I nastał dzień ósmy, zwany dniem leniwca. Od samego rana włączył nam się leniwiec. Stwierdziliśmy, że to dobra okazja, by powałęsać się po uliczkach starego Hoi An. Ania idzie na drugą przymiarkę swoich krawcowych zakupów. Po niej dreptamy powoli w kierunku plaży. Po drodze zaglądamy na tutejsze targowisko, kawałek dalej  kupujemy T-shirty „iPho – made in Vietnam”. Po długim spacerku docieramy w końcu do plaży, przeszliśmy jakieś 5 km. Plaża trochę ładniejsza od tej w Da Nangu, trochę bardziej zagospodarowana przez okoliczne hotele, ale i tak bez problemu można znaleźć bardziej odludne miejsce.

Po dotarciu do plaży, mimo silnego wiatru, udaje nam się rozłożyć ręczniki, częściowo w cieniu palmy kokosowej, na wszelki wypadek wybraliśmy taką bez owoców 😉

Tak powstaje bar na plaży.

Szerokie plaże Hoi An

Słońce, woda, piasek i lenistwo na leżakach.


Ponieważ to piątek trzynastego, krótko po wygranej bitwie z wiatrem (nie ma tu mody na parawany, jak nad polskim morzem) i kąpieli w morzu, zaczyna się chmurzyć. I po opalaniu, a tak chcieliśmy wyrównać pozwiedzaniowe plamy… Słońce świeci tu prawie pionowo z góry, więc dopadło głównie nasze nosy, ramiona i stopy, dodatkowo cały dzień na skuterze zaowocował spalonymi przedramionami i dłońmi.
W związku z tym postanawiamy podarować sobie odrobinę luksusu 😉 Do hotelu wracamy taksówką (ok. 6 km. – ok. 12 złotych) doprowadzamy się do stanu „użyteczności publicznej” i ruszamy na kolację do miasta.
Tym razem chcemy zjeść jakieś owoce morza. Kiedy przeglądamy jedno z menu, wystawione przed restaurację, wychodzi do nas właściciel i tak opisuje dania, które może nam przyrządzić, że decydujemy się tu zostać. I to była dobra decyzja (skoro może być dzień leniwca, to może być też dzień rozpusty 😉 ). Na początek dostajemy pierś z kurczaka, duszoną w miąższu owocu passiflory z dużą ilością chilli. Podane są one w wydrążonych połówkach passiflory, do tego pikantna sałatka z zielonej sałaty, ogórka i pomidora. Kiedy przekonani, że już nic lepszego nas nie spotka, popijąc białe wietnamskie wino Da Lat, na stole pojawia się ryba, zapiekana w liściu bananowca. Ryba jest wcześniej zamarynowana w tartym imbirze, orzechach arachidowych i nieznanym nam bliżej sosie na bazie oleju, który dostajemy też do polania ryby. Przysiada się do nas właściciel, pyta się oczywiście o naszą opinię o kuchni, skąd jesteśmy, itp. Oczywiście słyszy same pochwały.
Ponieważ jest już ciemno i w końcu ciut chłodniej (Wietnamki wyciągnęły z szaf swetry obszyte futerkiem przy ok. 28 stopniach 😉 ), postanawiamy pospacerować po starówce Hoi An. To niewielkie miasteczko z uroczą starówką. Kiedyś jeden z głównych portów handlowych Azji, teraz zagłębie krawców. Można tu kupić dokładną kopię każdej kreacji katalogowej, można też przynieść zdjęcie wygrzebane w internecie i po dwóch dniach odebrać uszytą na wymiar kopię. Wybór tkanin jest ogromny, od drogich jedwabii i włoskich wełenek, po tani chiński flausz. Można także obstalować buty na wymiar. Sklepy z obuwiem pełne są tysięcy par butów na wzór, modeli starszych, jak i najnowszych. Na półkach wystawiony jest jeden but z każdej pary na wzór, można sobie zamówić taki sam, albo wybrać inny materiał i kolor. Właściwie cała starówka to sklepy krawców, szewców a nawet jubilerów robiących „hand made imitation jewelery”, galerie sztuki i restauracje. Takich sklepików jest ponoć ponad 400 na starym mieście. Zabudowa pochodzi z XVII i XVIII wieku, mieszają się w niej wpływy chińskie i japońskie. Najbardziej znanym zabytkiem jest Most Japoński, który kiedyś łączył japońską i chińską część miasta. Najpiękniej miasto wygląda jednak gdy zapada zmrok. Stare miasto, zwłaszcza knajpki nad brzegiem rzeki, oświetlane są przez setki lampionów. Knajpki w tym przypadku to także kilka mini stolików z kilkunastoma minikrzesełkami niczym z przedszkola. (Składany lampion z tkaniny, nadający się na żyrandol, kosztuje ok. 6$).
Najedzeni i lekko zmęczeni wróciliśmy do hotelu i padliśmy. Dlatego relacja dopiero dzisiaj. Miasteczko nie jest wielkie, dlatego też turyści rzucają się bardziej w oczy niż w Sajgonie. Przeważają Francuzi, jest trochę Niemców i Anglosasów. Trafiają się także nasi rodacy. Ceny na mieście są bardzo zróżnicowane. Tak jak w Sajgonie mniej więcej mogliśmy spodziewać się żądanych cen, tak tutaj rozrzut cen jest znaczny, ceny wyjściowe (zwłaszcza na widok turysty, nie tylko bialego – podobne słyszą Chińczycy, Hindusi) są raczej wyższe niż w Ho Chi Minh City, jednak elastyczność cenowa sprzedawców jest dużo większa. Trafiliśmy na bardzo niskie ceny (np. makaron ryżowy z mięsem, warzywami, oraz dwoma puszkami piwa za 20 000 dongów, najtańsza zupa Pho za 20 000 dongów), jak i ceny z kosmosu. Zawsze jednak można się targować, a przynajmniej próbować. Wieczorem kupiliśmy mango. Cena wyjściowa to 25 000 dongów za sztukę. Po krótkich negocjacjach kupiliśmy je za 10 000, pewnie i tak jeszcze przepłacając.

Masz ochotę na owoce? Nie ma problemu. Niemal na każdym rogu można spotkać kobiety sprzedające dary natury.

Stare miasto Hoi An w stylu kolonialnym.

Takie budynki w Hoi An można spotkać na każdym kroku.

Piwo chłodzi się nie w lodówka, ale w wielkich bryłach lodu.

Targ w Hoi An

Na targu można kupić różne owoce i warzywa…

te znane i nieznane

Owoce morze oraz makarony, placki itp

Wejście na Most Japoński w Hoi An

Most Japoński w Hoi An

Jak w każdym azjatyckim mieście, wieczorem rozkwita życie.

Ostatniego dnia w Hoi An wstaliśmy dosyć wcześnie, jak na warunki wakacyjne, bo już o 7. O 10 Ania miała umówioną ostatnią przymiarkę (po której już całkiem usatysfakcjonowana odebrała sukienkę). Postanowiliśmy jeszcze raz spróbować opalania (jak się okazało wieczorem nie był to najlepszy pomysł…). Tym razem, nie chcąc już pokonywać 5 km na plażę pieszo, wypożyczyliśmy rowery (koszt: 1$ za cały dzień). W upale i pełnym słońcu ruszyliśmy w drogę. Mimo prażącego słońca przejażdżka była bardzo przyjemna, owiewał nas miły wiaterek. Zostawiliśmy rowery na krytym strzeżonym parkingu rowerowo-skuterowym i po przejściu niewielkiego lasku palmowego znaleźliśmy idealne miejsce. Na plaży wytrzymaliśmy nieco ponad godzinę (nie należymy do miłośników smażenia się, chodziło nam tylko o lekkie muśnięcie słońcem białych plam). Okazało się, że i to było zbyt długo, słońce padające prosto z góry plus chłodzący skórę wiatr równa się poparzone, czerwone tylne części…

A po południu mała niespodzianka.

PS Pozdrawiamy czwórkę turystów z Warszawy i okolic, których spotkaliśmy na porannej kawie, a także miłą łodziankę z plaży 🙂