Dzień dziewiętnasty czyli Hanoi po raz drugi

Hanoi to praktycznie już ostatni przystanek naszego wyjazdu do Wietnamu. Pierwszy nasz kontakt z tym miastem był krótki i – co by nie mówić – trochę nas rozczarował. Jednak niezrażeni tym postanowiliśmy dać stolicy drugą szansę.

Zwiedzanie zaczynamy od Cytadeli i Mauzoleum Ho Chi Minha. Z cytadeli niewiele widzimy, właściwie tylko jedną z bram. Pozostałe tereny są albo we władaniu służb państwowych, albo terenem budowy nowych apartamentowców, albo szczelnie zagrodzone. Jak się chwilę później okazuje, akurat tego dnia gości w Hanoi prezydent (chyba prezydent) Sinagpuru. Na ulicach pełno policjantów w galowych mundurach, na każdym skrzyżowaniu patrol motocyklowy itp. Stan gotowości w pełni. Nawet ruch w okolicy jakby mniejszy. Przechodzimy obok pałacu prezydenckiego w kierunku mauzoleum Ho Chi Minha. Plac na którym się znajduje został otoczony niemal szczelnie przez barierki. Niemal, bowiem znajdujemy przerwę w ogrodzeniu i przechodząc obok znudzonych policjantów dochodzimy przed mauzoleum, które ze względu na państwową wizytę jest zamknięte dla turystów. Dzięki temu można zrobić parę zdjęć bez ludzi w tle. Na placu namalowana jest biała linia, której nie można przekroczyć. Przekroczenie jej powoduje pojawienie się policjanta, który stanowczym gestem zaprosi nas do powrotu za białą linię. 😉

Zaraz na tyłach mauzoleum jest Pagoda Jednej Kolumny. W swojej pierwotnej postaci powstała w XI wieku, jednak nie przetrwała wojny z Francuzami w latach 40 i 50 XX wieku i została zrekonstruowana. Sama pagoda jest może i ładna, ale trudno powiedzieć, że jest oszałamiająca. Równie dobrze można by koło niej przejść nie zwracając na nią większej uwagi. Chwilę odpoczywamy w cieniu drzew, temperatura jak się okazuje sięgała 38-40 stopni.

Z mauzoleum w sumie niedaleko już jest do wraku B52 – amerykańskiego bombowca zestrzelonego podczas Wojny Wietnamskiej (lub Amerykańskiej jak nazywają ją Wietnamczycy). O tym, że wrak to właściwie tylko podwozie to już wiemy, jednak to co znajdujemy zupełnie nas rozczarowuje, zresztą na zdjęciach widać dlaczego.

Kolejnym punktem na naszym szlaku jest Świątynia Literatury – niewiele ma to miejsce wspólnego z kultem religijnym, raczej należy traktować Świątynię Literatury jako swoisty uniwersytet. W odróżnieniu od poprzednich atrakcji nie dość, że udaje nam się wejść, to jeszcze jest całkiem ciekawa i w dobrym stanie. Nad odrestaurowaniem tego obiektu czuwali Francuzi i efekty tego widać: stan jest taki, jakiego możemy oczekiwać po tej klasie zabytku. Nie ma tu śladu odświeżania farbą olejną, czy wiszących tu i ówdzie żarówek energooszczędnych, tak jak w Zakazanym Mieście w Hue. Historia tego miejsca sięga XI wieku. W jej „murach” wykształciło się wielu mędrców i naukowców. uzyskując stopień doktora. Do XVII wieku nazwiska wszystkich doktorów wykuwano na kamiennych tablicach, która dźwigały na sobie kamienne żółwie. Przetrwały wszystkie wojny i dzisiaj można je oglądać na terenie świątyni.

Pogoda była bezlitosna i stwierdziliśmy, że dalsze zwiedzanie nie ma za bardzo sensu w tej temperaturze i wracamy do hotelu odświeżyć się oraz odpocząć choć przez chwilę od upału. Muzeum Wietnamskich Kobiet zostawiamy sobie na ostatni dzień. Wieczorem razem z Mlekami kupujemy wycieczkę na następny dzień do Perfumowej Pagody (17$). Pierwotnie zastanawialiśmy się, czy nie wypożyczyć skutera i nie podjechać tam samodzielnie. Biorąc pod uwagę panującą temperaturę, przejazd przez Hanoi, odległość i nasze przygody z dotarciem do My Son porzuciliśmy opcję „by motorbike”. Po zarezerwowaniu wycieczki idziemy na piwo: duży Tiger (0,5l) w knajpie za 16000 dongów czyli około 2 złotych. W międzyczasie robimy pierwsze poważniejsze zakupy prezentów i pamiątek do Polski.

Hanoi trochę nas rozczarowało. Atrakcje opisywane w przewodnikach są w rzeczywistości niepozorne. Miasto samo w sobie nie jest może brzydkie, ale nie porywa, nie ma tego czegoś co przyciąga. Dla mnie jest to miasto trochę nijakie. Sajgon mimo, że nie ma teoretycznie tylu atrakcji historycznych, ma w sobie to coś, zrobił na mnie lepsze wrażenie.