Dzień dziesiąty i jedenasty, czyli cesarskie miasto Hue.

Ostatnia noc w hotelu w Hoi An minęła bardzo szybko, bo pobudkę mieliśmy już o 6 rano. Szybki prysznic, pakowanie, śniadanie i byliśmy gotowi do drogi. Autobus, który miał nas odebrać z hotelu o 7:30 i zawieźć do Hue, nie chciał się jednak pojawić. O 7:50 zaczęliśmy się nieco niepokoić i spróbowaliśmy zadzwonić do biura, w którym nabyliśmy bilety. Odebrał bardzo miły pan, ale niestety porozumiewał się tylko po wietnamsku. Spróbowaliśmy więc skorzystać z pomocy recepcjonistki. W międzyczasie jednak oddzwoniła do nas mówiąca po angielsku pani z agencji turystycznej i kazała cierpliwie czekać. Po kilku minutach pod hotel podjechał autobus. Ale nie był to zwykły autobus, tylko sleeping bus, czyli sypialny… 🙂 Przed wejściem otrzymaliśmy woreczki foliowe i polecono nam zdjąć obuwie. Umościliśmy się wygodnie na górnych fotelach. Siedzenia są rozkładane – można leżeć, siedzieć, jedyna wada to mało miejsca na stopy, które wkłada się do takiego plastikowego schowka pod siedzeniem współpasażera siedzącego przed nami. Wyposażenie miejsca leżącego obejmuje także poduszkę, od kierowcy można dostać kocyk.

Droga do Hue minęła bardzo szybko, na drzemce, podziwianiu widoków. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na krótki postój, można było się posilić, napić, zrobić małe zakupy. Miejsce na postój było piękne – brzeg jeziora w górach, z drewnianymi pomostami i hodowlami ostryg (czy innych podobnych skorupiaków).


Do Hue dotarliśmy koło południa.
Pierwszy zgrzyt – zostaliśmy wysadzeni na dworcu autobusowym na obrzeżach miasta, a nie w centrum. Wysiedliśmy z autokaru i otoczył nas duszny upał i stada naganiaczy, oferujących taksówki, motory, hotele.
Po przestudiowaniu mapy stwierdziliśmy jednak, że miasto nie jest tak duże i te 1,5 km, dzielące nas od hotelu, przejdziemy sobie spacerkiem.
W połowie spacerku nastąpił drugi zgrzyt – Paweł poczuł, że coś mu cieknie. Okazało się, że puszka z napojem, którą niósł w torbie, przecieka. Zdążyło się z niej wylać już tyle, że kompletnie zmoczyła naszą kasę zapasową w portfelach ($), a co gorsze – aparat… W rezultacie – aparat prawdopodobnie odszedł do krainy lepszych ujęć. Na szczęście mamy drugi, więc dalsza część relacji nie będzie pozbawiona zdjęć.
Wydarzenie to jednak tak popsuło nam humor, że miało wpływ na postrzeganie miasta. Po pierwsze – odnieśliśmy wrażenie, że naciągają tu turystów dużo bardziej, niż na południu (toaleta – dla miejscowych 1000 dongów, dla turystów – 5000 dongów, woda mineralna w Cesarskim Mieście – 30 000 dongów, podczas gdy w sklepie kosztuje 7 000 dongów).
Po dotarciu do hotelu najpierw opłukaliśmy kasę i porozkładaliśmy ją do wyschnięcia, później opłukaliśmy siebie i postanowiliśmy odpocząć i reanimować aparat, oglądając wyścig F1 w Szanghaju. 🙂


Po południu wybraliśmy się na spacer po starym mieście. Z racji odbywającego się festiwalu kulturalnego w Hue, w mieście przywitały nas „stragany” odpustowych gadżetów, jak to zwykle bywa przy tego typu imprezach (a może tam tak jest na stałe, bo następnego dnia również je widzieliśmy). Na obiadokolację zjedliśmy spring rollsy na zimno (czyli takie „zrób to sam”), tym razem z nadzieniem z wieprzowiny pieczonej na trawie cytrynowej i zieleniny różnej maści, a do tego rodzaj naleśnika smażonego na głębokim tłuszczu z nadzieniem z wędliny, krewetek i kiełków. Przy płaceniu rachunku znowu niemiłe zaskoczenie – 90 000 dongów. Chyba nas naciągnęli po raz kolejny, ale niestety – nie spytaliśmy o ceny przed konsumpcją, ale przynajmniej było bardzo dobre. Wieczorem przy centralnym punkcie cytadeli odbył się koncert kończący festiwal. Na trybunach widać było pełno VIPów w mundurach wojskowych i policyjnych oraz wielu notabli władz lokalnych, a może i centralnych. Powiało trochę duchem minionej epoki. A samo przedstawienie mogło robić wrażenie, zarówno naturalną scenerią jak i oprawą artystyczną. Następnego dnia można było obejrzeć powtórki w TV.


W drodze powrotnej do hotelu zaglądnęliśmy jeszcze do kilku agencji turystycznych, żeby zorientować się w cenach transferu na lotnisko. Ceny wahały się od 2,5 – 5$ za osobę przy opcji autobusowej, do 10-12$ za taksówkę.
Następnego dnia postanowiliśmy zwiedzić Cesarskie i Zakazane Miasto w Hue. Akurat trafiliśmy na dzień podwyżki cen biletów. Jeszcze dzień wcześniej wstęp kosztował 55 000 dongów, od 16 kwietnia – 80 000 dongów. Zakazane Miasto jest dużo mniejsze od tego w Pekinie i dosyć zniszczone, zarówno przez drugą wojnę światową, pożar w 1947r, Amerykanów w 1968r., jak i tajfun z 1985r. Ze 150 budynków pozostało niewiele, ale te, które się zachowały zostały odrestaurowane. Trochę przeszkadzają neonówki na delikatnie wyrzeźbionych sufitach, czy żarówki energooszczędne wiszące na kablach w zabytkowych salach.


Teoretycznie we wnętrzach nie wolno było robić zdjęć, ale pan ochroniarz, zajęty oglądaniem serialu w telewizorze pod biurkiem, nie bardzo zwracał uwagę na zwiedzających.
Odrestaurowane wnętrze pałacu Thai Hoa wygląda pięknie, jest to jeden z najlepiej zachowanych budynków kompleksu. Ciemnoczerwone kolumny, złocone dekoracje są takie typowo orientalne. Do tego chińskie poezje wykaligrafowane na stropach. W drugiej części pałacu zamontowany jest spory ekran, na którym można obejrzeć skróconą historię Zakazanego Miasta i jego pierwotny układ funkcjonalny.
Spacer po zakazanym mieście zajął nam sporo czasu, głównie ze względu na upał. Szukaliśmy dróg wyłącznie w cieniu, bo słońca mamy już dosyć. Turystów było niewielu, zwłaszcza w mniej uczęszczanych zakątkach (np. przy ładnie zachowanym pałacu matki cesarza).
Ogólnie – bardzo nam się podobało, a podobałoby się bardziej, gdyby renowacji nie prowadzono z użyciem farby olejnej, a w rogu Zakazanego Miasta nie wybudowano kortu tenisowego. Może za lat kilkanaście, kilkadziesiąt po kolejnej renowacji (tym razem z głową) Zakazane Miasto odzyska swoją świetność.
Zmęczeni upałem udaliśmy się na obiad. W ulicznej knajpce zaliczyliśmy kolejną odmianę zupy pho, tym razem „odgórnie” dosyć pikantnej. Zazwyczaj zupę dostaje się łagodną, plus zestaw przypraw.
Wróciliśmy do hotelu, gdzie miał o nas podjechać bus, którym jechaliśmy na lotnisko.
Lotnisko w Hue jest niewielkie. Do odprawy: trzy check-iny, dwie bramki (przynajmniej więcej nie znaleźliśmy), ale za to darmowe wifi. 🙂


Kontrola bezpieczeństwa – jest: polegała na przepuszczeniu bagażu przez skaner, przy czym nikt nie patrzył, co jest w środku – przeszedł krem z filtrem o pojemności 200 ml. Również brzęczenie bramki nie zwróciło niczyjej uwagi.
Sala odlotów z kilkoma sklepami, jeden barek. Ceny niższe, niż „wywoławcze” w mieście. Niestety, brak tablicy z informacjami, a na dodatek, tego co płynęło z megafonów nie dało się zrozumieć. Całe szczęście, że był tylko nasz lot o tej porze. Tylko po ruchach tłumu odczytywaliśmy co się dzieje. Nagły zryw i powrót na swoje miejsce oznaczał opóźnienie…
Na szczęście nie było duże (raptem ok. 40 minut) i w końcu trafiliśmy na pokład nowego Airbusa A321 linii Vietnam Airlines. Dużo miejsca na nogi, monitorek co trzeci rząd. Lot trwał godzinę i upłynął bardzo szybko. W Hanoi wylądowaliśmy już po północy, a o tej porze do miasta można się dostać tylko taksówką za jedyne 16$. Może można było taniej, ale było już późno i marzyliśmy o prysznicu i spaniu. Kiedy podjechaliśmy pod hotel, okazało się, że żaluzje zewnętrzne są opuszczone i wszyscy już śpią… Po krótkim dobijaniu się otworzono nam i zaprowadzono do pokoju. Rano okazało się, że w Azji w centrach dużych miast lepiej jest jednak trafić na pokój bez okna. Hałas dobiegający z ulicy obudził nas po 6.
PS W Hanoi pojawiły się pierwsze komary…
PS 2 Hue jako miasto oferuje sporo atrakcji do zobaczenia. Niestety pozytywne wrażenie psuje nastawienia tambylców do turystów i traktując ich jako bankomaty. Normą jest aby żądać dwu, trzykrotnie więcej niż od lokalnych, nawet jeśli na naszych oczach skasowano Wietnamczyka.