Dzień dwunasty czyli Hanoi przejazdem.

Hanoi przywitało nas hałasem od samego rana. Po części była to wina ruchu ulicznego za oknem, ale w sporej części także hałaśliwych Brytyjczyków w hotelu. Zeszliśmy więc na śniadanie, a po nim ruszyliśmy do miasta.

Jak się okazało, stare miasto w Hanoi nie jest takie duże. Ledwo przeszliśmy kilkaset metrów, okazało się, że już prawie minęliśmy jezioro Hoan Kiem – znajdującą się w centrum jedną z większych atrakcji miasta. Akurat przy Żółwiej Wieży, położonej na małej wysepce na jeziorze trwały prace porządkowe, więc czekając na to, aż panowie skończą kosić trawę (nie bardzo chcieliśmy ich uwieczniać na zdjęciach), przespacerowaliśmy się dookoła jeziora.


Postanowiliśmy przejść trasę, zaproponowaną przez przewodnik National Geografic. Trasa wiodła przez stare miasto, od jeziora do hali targowej i z powrotem. Wydawała nam się dłuższa 🙂 Zabytki zaznaczone na trasie są dosyć niepozorne, łatwo je przeoczyć w natłoku sklepów, straganów, motorów. Kilkukrotnie musieliśmy się wracać, bo okazało się, że minęliśmy kolejną atrakcję, nie zauważając jej. Dom, w którym mieszkał Ho Chi Minh, jest niemal zupełnie nieoznaczony, a wydawałoby się, że mieszkanie bohatera narodowego będzie mocno eksponowane.
Po przejściu tej trasy postanowiliśmy trochę się „zgubić”, mając pozytywne doświadczenia w tej kwestii z marokańskich medin 😉 Trafiliśmy na uliczki „branżowe” – kawową, owocowo-suszową, biżuteryjną, butową… Pokrążyliśmy trochę i postanowiliśmy coś zjeść. Trafiło na małą knajpkę, z menu wybraliśmy zupę dyniową i ciasto ryżowe z krewetkami pieczone w liściach bananowca. Później spacerkiem przeszliśmy do Dzielnicy Francuskiej, pod operę i ulicą pełną sklepów ekskluzywnych marek dotarliśmy do małego parku, po drodze kupując na deser rodzaj pączka na patyku. Usiedliśmy sobie na ławeczce w cieniu i obserwowaliśmy kilka grup Wietnamczyków, grających w badmintona i zośkę.
Ponieważ czekała nas całonocna podróż pociągiem, postanowiliśmy kupić jakiś prowiant na drogę. Okazało się jednak, że znalezienie bagietek z nadzieniem, których zazwyczaj wszędzie jest pełno, nie było takie łatwe. Zadowoliliśmy się więc herbatnikami.
Wieczorem zabraliśmy bagaże z naszego hotelu i wyruszyliśmy do Sa Pa, a właściwie najpierw do Lao Cai pod granicą chińską.


Dworzec kolejowy nie zrobił jakiegoś szczególnego wrażenia. Ciekawe było natomiast dotarcie na perony. Przy wyjściu z hali dworca, trzeba okazać bilet. Następnie pomiędzy ustawionymi na torach wagonami i pociągami trzeba znaleźć swój. Ułatwia to nieco oznakowanie peronów, ale żeby dotrzeć na te perony trzeba się było nieco poprzedzierać. Poczekaliśmy jeszcze dłuższą chwilę pod wagonem, aż obsługa sprawdziła nasze bilety i wpuściła do wagonu. W środku miłe zaskoczenie – wagon wyłożony drewnem, prawie jak orient ekspres  😉 Weszliśmy do przedziału – 4 miejsca leżące – po 2 na dole i górze. Zgodnie z biletami przypadło nam jedno takie i jedno takie. Na dość grubym materacu leżały poduszka i kołdra, obsługa przyniosła jeszcze po butelce wody i pociąg powoli ruszył. Podróż rozpoczęła się o 21.10, natomiast do celu dotarliśmy przed 6 rano. Jechaliśmy w towarzystwie dwóch Australijek, miło się rozmawiało, ale dość szybko poszliśmy spać. Przedziały są chłodzone nadmuchem, ale nie klimatyzowane. Po nocy w przedziale powietrze było wilgotne i chłodne.
Obudziła nas obsługa pociągu informacją, że za 20 minut dojedziemy do celu. Zaoferowała także kawę i herbatę, a my, niestety nie pytając o cenę, zamówiliśmy. Okazało się, że to najdroższa chyba nasza kawa w Wietnamie, bo po 40 000 dongów.
Ledwo świtało, ale za oknem pociągu widać już było zarys gór we mgle albo chmurach. Mieliśmy wrażenie, że na zewnątrz panuje chłód. Niestety, po wyjściu z pociągu okazało się, że jest duszno i dosyć wilgotno. Zrobiło nam się jeszcze cieplej, kiedy po wyjściu z pociągu okazało się, że żeby wydostać się z terenu dworca należy oddać bilet. Nasz oczywiście gdzieś wsiąkł.
Cdn…