Dzień drugi: Sajgonu odkrywanie.

Pobudka nie była miła, bo okazało się, że w hotelu jest awaria prądu. Ponieważ pokój jest bez okna (taka azjatycka ciekawostka), poranna toaleta odbyła się w ciemności. Za to na zewnątrz… żarówa, temperatura dobija do 35 stopni, wilgotność masakryczna (ok. 90%) tzn. tropikalna. Na śniadanie mleczko kokosowe ze świeżo wyciągniętego z lodu, lekko obranego kokosa, a do tego kilogram owoców, których nazwy jeszcze nie znamy. Obstawiam na rodzaj śliwki chińskiej, albo coś takiego;). Prawdopodobnie jest to właśnie „coś takiego”.

Po śniadaniu spacer po mieście. Plan: zobaczyć ważniejsze zabytki, znaleźć za rozsądną cenę wycieczkę do Delty Mekongu, no i oczywiście coś zjeść. Ponieważ nasz hotel znajduje się w samym centrum, spacerkiem kierujemy się w stronę katedry Notre Dame. Mijamy Gmach Komitetu Ludowego, dawny ratusz, zwany do dzisiaj Hotel de Ville, przy którym rzuca się w oczy spory znak z przekreślonym aparatem fotograficznym. Siedzący w budce pan w mundurze nie zwraca jednak uwagi na grupki turystów, którzy spod pomnika Ho Chi Minha po drugiej stronie ulicy bez skrępowania robią fotki, my oczywiście też. 😉 Następny punkt programu: Opera. Tam przyszykowano dla nas czerwony dywan na schodach do wejścia, ale chyba przyszliśmy nieco za wcześnie bo dopiero go rozwijają. 😉 Spacerkiem, bo intensywniejszy ruch w tej temperaturze nie jest możliwy (półtoralitrowa butelka wody starcza na jakąś godzinę), przechodzimy do katedry Notre Dame. Sam budynek nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia, dużo bardziej interesująca jest odbywająca się pod Katedrą ślubna sesja fotograficzna. Zahaczamy o Pocztę Główną (obok katedry, ciekawy budynek w stylu kolonialnym z olbrzymim portretem wujaszka Ho), kupujemy kartki i znaczki. Plan przewiduje jeszcze dotarcie do pogody Xa Loi. Plan niezły, gorzej z realizacją: pagody trzeba się naszukać, jest wciśnięta pomiędzy okoliczne budynki i szczerze mówiąc nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia.

Wracamy do hotelu się odświeżyć i kupić wycieczkę do Delty Mekongu. Ceny są mocno zróżnicowane: nawet ponad 120$ w przypadku zorganizowania prywatnej wycieczki. Decydujemy się na dwudniowy wypad za jedyne 29$. Jedyną niewiadomą jest to, jak bardzo liczna grupa będzie z nami jechać. Próbujemy też najbardziej śmierdzącego owocu na świecie czyli duriana. Dobry, ale szału nie ma, być może był zbyt dojrzały, zdecydowanie lepsze było poranne „coś takiego”. Niedaleko biura turystycznego znajdujemy uliczkę, gdzie pełno jest sklepików m.in. z kurtkami North Face, Spyder itp, butami crocs. Ceny… delikatnie mówiąc okazyjne: kurtka North Face za 25$, plecak 35 litrowy NF za 15$, klapki/skandały crocsa za 10$. Dzień kończymy zupką pho i koktajlem owocowym – tym razem oprócz truskawki również mango. Prawdziwą atrakcją dzisiejszego dnia byli prawdziwi władcy Sajgonu, czyli skutery. Jest ich tutaj dużo, hmmm…. to mało powiedziane. Tak naprawdę transport indywidualny czy też rodzinny opiera się na skuterach. Na początku wydawało się, że przejście na drugą stronę ulicy przez sunącą rzekę jednośladow będzie czynem niemożliwym, zwłaszcza, że pasy i światła są raczej sugestią, niż obowiązującym prawem. Rzeczywistość okazała się przyjaźniejsza: wystarczy wejść zdecydowanym krokiem na ulicę i iść do przodu. Jeśli nie wpadnie się pod pierwszy nadjeżdżającym skuter, nie wpadnie się rownież pod następne. Inaczej ma się sprawa z nielicznymi samochodami i autobusami: zdecydowanie lepiej je przepuścić;). Mam wrażenie, że obowiązuje tu zasada: uważaj na innych, to inni będą uważać na Ciebie. Jak na razie się sprawdza.

Sajgon jest typowym azjatyckimi miastem – głośnym, kolorowym, o wielu zapachach. Sporo jest tu jednak parków i zielonych skwerów. Wielu Wietnamczyków korzysta z nich w ciągu dnia – widok grających w badmintona czy w zośkę ludzi, nie jest niczym niezwykłym. Boiska do gry namalowane są w każdej parkowej alejce. Wieczorem ulice oświetlają neony i światła ze sklepów, ulicznych latarni jest bardzo mało. Chodniki służą głownie jako parkingi dla skuterów oraz, po rozstawieniu kilku stolików i krzesełek jak dla przedszkolaków, jako restauracje. 🙂
Jutro rano pobudka wczesnym świtem. O 7:30 jedziemy nad deltę Mekongu.

PS kupiliśmy też tutejsze karty SIM. Za 60000 dongów (ok. 3$ czyli niecałe 10 złotych) wg sprzedawcy ma być 100000 do wykorzystania. Zobaczymy na ile starczy na internet i ewentualne rozmowy.

PS 2 jutro z rana w drodze nad deltę uzupelnię jeszcze wpis i dorzucę parę zdjęć. Dobranoc.

Mały dopisek: wczoraj byliśmy też w Muzeum Wojny. Wśród eksponatów trochę broni używanej w czasach wojny, w tym czołgi i helikoptery, a poza tym sporo zdjęć. Z jednej strony jest to kawałek niezłej propagandy, z drugiej strony uświadamia nam ile wycierpieli Wietnamczycy czterdzieści lat temu. Oczywiście nie zabrakło zdjęć z mediów zachodnich, które protestowały przeciwko wojnie. W muzeum nie ma już chyba najbardziej szokujących eksponatów, czyli zdeformowanych płodów ludzkich w formalinie. Pozostały zdjęcia kalek, które jeszcze długo po wojnie rodziły się na skutek amerykańskich oprysków defoliantami. Spore wrażenie robi też sala, gdzie pokazane są zdjęcia zagranicznych korespondentów wojennych, którzy zginęli w czasie wojny – czasami są to zdjęcia, których sami nie mogli już zobaczyć. Wstęp do muzeum to jedyne 15000 dongów czyli około 2 złote.

Wieczorem byliśmy świadkami jak powstaje targowisko. Znikąd pojawia się tłum ludzi z rozkładanymi stoiskami i w ciagu dosłownie trzech, czterech minut powstaje targowisko na ulicy, na której przed chwilą odbywał się jeszcze normalny ruch uliczny. Sprawność organizacyjna robi wrażenie.