Dzień czwarty: Pływający targ

Noc była ciężka, odgłosy ulicy i megafonów z pobliskiego dworca autobusowego skutecznie utrudniały dobry sen. Rano o 6:30 pobudka, a właściwie nie tyle pobudka, co zwleczenie się z łóżka. Śniadanie dosyć nietypowe – ryż smażony z warzywami, zupa pho, kilka rodzajów makaronów, warzywa marynowane w ostrym sosie rybnym (wyglądało to na jakąś cukinię albo ogórka, ale intensywny smak sosu uniemożliwił identyfikację). Niemniej, było to dobre. 🙂

Była też wersja dla mniej odważnych – świeża bagietka z konfiturą truskawkową.
Po śniadaniu krótki przejazd na obrzeża miasta, tam przesiadka w łódkę motorową i rejs na pływający targ. Delta Mekongu to chyba największy rejon upraw warzyw i owoców w Wietnamie. Ze względu na to, że ilość odnóg, kanałów, kanalików Mekongu jest chyba porównywalna z ilością skuterów w Ho Chi Minh City, nic dziwnego, że tubylcy wybierają transport wodny. Dość szybko docieramy w rejon pływającego targu.

Mimo, że sporo jest tam łodzi z takimi jak my turystami, targowisko nie sprawia wrażenia zorganizowanego dla turystów. Odbywa się tu handel warzywami, owocami, drewnem. Produkty przerzucane są z łódki na łódkę. Krążą też sprzedawcy napojów chłodzących, ale głównie w okolicach łodzi turystycznych. Najbardziej skuteczną sprzedaż prowadzi łódka, na której pływa młoda mama z ok. 6 – letnim synkiem. Mały jest tak słodki, że wszyscy właśnie od niego biorą napoje, płacąc mu ze sporymi napiwkami. Banknoty lądują na brzuchu, pod koszulką i widać, że sporo ich się tam już nazbierało. 🙂
Robimy kilka rundek dookoła, oglądamy jak funkcjonuje targ, pływające stacje paliw, przybrzeżne restauracje. Wygląda to trochę jak wietnamska Wenecja. 🙂

Po wizycie na targu mamy w planach wizytę w sadzie owocowym. Podpływamy do przystani i brzegiem Mekongu, spacerkiem udajemy się tam. Właściwie cała droga odbywa się wśród drzew owocowych, nad głowami zwisają kiście bananów (niedojrzałe, sprawdzone organoleptycznie, do tego strasznie klejące), owoce jackfruita wielkości największych arbuzów, mango, figi, limonki oraz wiele innych owocowych „coś tamów”. Robimy kilka zdjęć, żeby sprawdzić póżniej, co to za owoce. W sadzie dochodzą kolejne roślinki – widzimy jak rosną ananasy i że owoce blue dragon pojawiają się na znanych u nas kaktusach. Czeka na nas owocowy poczestunek, mango i świeże ananasy wygrywają rywalizację. 😉
Czas jednak na prawdzwy obiad, bo pora już okołopołudniowa. Trafiamy do knajpki, gdzie decydujemy się na ryż z owocami morza i piwo Sajgon dla ochłody. Za całość płacimy niecałe 3,5$.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w jakimś nadmekońgskim miasteczkiem, gdzie kupujemy ananasy za 5000 dongow (ok. 80 groszy), przepyszne, choć paskudnie wyglądające pomarańcze (marokańskie wysiadają) oraz dwie sztuki mango w cenie 8000 dongów za kilogram (trochę ponad złotówkę).


Cd.
Po powrocie do Ho Chi Minh City i szybkim prysznicu wybraliśmy się na ostatni wieczorny spacer. Tym razem w kierunku przeciwnym, niż zazwyczaj. Trafiliśmy na uliczkę, będącą zagłębiem sklepów backpackerskich oraz salonów spa.
Co do sklepów – przeważające marki to The North Face, Spyder, Patagonia, natomiast butów marki Crocs jest zatrzęsienie. We wszystkich kolorach, kilkunastu fasonach. Ceny… Różowa kurtka w kolorowe kropki z szarym polarem 2 w jednym, którą prawie kupiła Ania (ale powstrzymała ją myśl o targania jej ze sobą przez kolejne 2 tygodnie) miała cenę wyjściową 40 $. Kurtki bez podpinki polarowej to 25$. Buty Crocs 10 – 15$. Plecaki The North Face od 10$ za najmniejszy wzwyż. Trochę gorzej z rozmiarami, wietnamskie XXL to w porywach nasza eLka. Ale na zakupy przyjdzie jeszcze czas 🙂
Zmęczeni zwiedzaniem sklepów poszliśmy na kolację. Najpierw po drodze bagietka w wersji max wypasionej, z nadzieniami z dwóch rodzajów past (jedna chyba na bazie sosu rybnego), wołowiny, wieprzowiny, kapusty, ogórka, zieleniny ziołowej i jakiejś miejscowej wędliny – w cenie 12 000 dongów, czyli ok. 1,70 zł. Spacerkiem udaliśmy się w kierunku hali targowej Ben Thanh, obok której co wieczór w błyskawicznym tempie powstaje targ. W jednej z knajpek na tym właśnie targu dopełniliśmy się pieczonymi sajgonkami z nadzieniem krabowo-krewetkowym, oraz krewetkami nadzianymi na szczypce kraba, popijając to zimnym piwem Sajgon. Koszt kolacji: 6$ na dwie osoby. Idziemy spać, jutro ostatni dzień w Sajgonie.