Dzień czwarty i pół piątego, czyli podróż do krainy wina

Zgodnie z planem, mamy dzisiaj ruszyć do Kachetii, czyli ojczyzny gruzińskiego wina. Wstajemy rano i ruszamy metrem na stację Samgori. Tam znajduje się dworzec marszrutek, wyjeżdżających w kierunku Sighnaghi. Kompletowanie pasażerów trwa dosyć długo, ale w końcu ruszamy w drogę. Koszt przejazdu – 6 lari.

Do celu dojeżdżamy po około 2 godzinach. Kiedy zjeżdżamy krętą drogą do miasteczka, mamy okazję podziwiać z góry czerwone dachy domów i fragmenty murów obronnych. Sighnaghi sprawia wrażenie miasta przeniesionego z rejonu morza Śródziemnego. Wysiadamy z busa i ruszamy na poszukiwania naszej kwatery, czyli pensjonatu Nato&Lado (tego, który polecił nam Wasilij „Kubica”). Trochę błądzimy po stromych uliczkach, ale na szczęście znajduje nas Nato, czyli nasza gospodyni, bardzo sympatyczna i ciepła osoba – noclegi u niej szczerze polecamy (płacimy 10 lari za osobę, za nocleg).

Ponieważ czeka nas zorganizowany przez Radka i Nato objazd winnic, zostawiamy nasze rzeczy i ruszamy w drogę.

Pierwszy przystanek mamy w małym muzeum wina, w którym przewodniczka objaśnia nam proces produkcji wina domowego i opowiada historię winnicy. Za 5 lari mamy wstęp do muzeum i degustację alkoholi w postaci czaczy, białego i czerwonego wina. Oglądamy eksponaty, których historia sięga podobno czasów Chrystusa.

W jednym takim zbiorniku, których kilkanaście znajduje się w podłodze, mieści się nawet 5000 litrów wina…

Kolejny przystanek to piwnice winiarni Khareba. Wstęp – 2 lari, spacer po piwnicach, w których panuje temperatura 14-15 stopni, jest miłą odmianą po panującym na zewnątrz upale. Piwnice zostały zaadaptowane z wojskowego bunkra/magazynu wybudowanego w zboczu góry w latach świetności ZSRR. Według naszej przewodniczki, jest to druga co do wielkości winna piwnica w Europie, po tej w okolicy Kiszyniowa. Na pytanie, czy Gruzja leży w Europie, czy jednak w Azji otrzymujemy odpowiedź „Pomiędzy” i rozbrajający uśmiech.

Po bardzo krótkiej kolejnej przejażdżce trafiamy do prawdziwej fabryki wina, Graneli. Oprowadza nas po niej bardzo zaangażowany współwłaściciel, który z wielkim przejęciem opowiada o poszczególnych etapach produkcji, rodzajach wyrobów i technologii produkcji. Widać, że naprawdę kocha swoją pracę. 🙂 W trakcie zwiedzania kolejnych części zakładu, mamy oczywiście możliwość degustacji. 🙂 Przy każdej beczce tłumaczy nam co jest w niej przechowywane, jak i dlaczego. Zwiedzanie kończą zakupy w sklepie firmowym, po pierwsze i tak zamierzaliśmy nabyć kilka butelek, po drugie – zwiedzanie i degustacja są darmowe, pod warunkiem zakupu przynajmniej jednej butelki wina.

Znużeni nieco upałem i licznymi degustacjami, postanawiamy na tym zakończyć podróż winnym szlakiem.

Wracamy do Sighnaghi i za namową Radka udajemy się do przetestowanej przez nich dzień wcześniej restauracji. Po wejściu ogarniają nas pewne wątpliwości, ponieważ wygląda na dosyć ekskluzywną, a nasz wyjazd miał być lowcostowy… Jednak szybki przegląd menu sprawia, że tutaj zostajemy. Restauracja nazywa się Crown i naprawdę można tam zjeść dobrze i niedrogo. A na dodatek mają pyszne czerwone wino (dla niepoznaki nazwane czarnym 😉 ) i tanie piwo (1,30 lari za pół litra). Bakłażany z pastą orzechową, szaszłyki, móżdżek… Zresztą – obejrzyjcie sobie:

Nie obyło się oczywiście bez integracji z miejscowymi. Dosiadł się do nas Gruzin, który kilka ostatnich lat spędził w Nowej Zelandii. Nie zabrakło oczywiście tradycyjnych gruzińskich toastów (bardzo długich) cementujących przyjaźń między Gruzinami i Polakami.

Po sutej kolacji uzupełniliśmy zapasy wina w całodobowym sklepie i udaliśmy się na taras naszego pensjonatu. I było to jedyne wino, kupione w Gruzji, którego nie dało się wypić…

Następnego dnia planowaliśmy pojechać do Dawid Garedża. Jak to zwykle bywa z naszymi planami musiały się zmienić. Podczas śniadania stwierdzamy, że tu jest zbyt fajnie, żeby się spieszyć. Do Dawid Garedży pojedziemy następnego dnia. Szklanka czaczy podana do śniadania jeszcze bardziej umacnia nas w tym przekonaniu. 😉 Niespiesznie idziemy przejść się po miasteczku, żeby porobić zdjęcia.

Ponieważ była to prawosławna Wielkanoc i obawialiśmy się, że możemy mieć pewne problemy z komunikacją, Nato zarezerwowała nam miejsca w marszrutce. Ale to nie wszystko. Nie pozwoliła nam iść na piechotę, tylko zostaliśmy zawiezieni pod same drzwi busa. Tak skończył się nasz pobyt w Signaghi, miejscu, gdzie pierwszy raz poczuliśmy prawdziwie gruzińską gościnność.

0 comments

Dodaj komentarz