Bo na Maderze czasem warto zmienić plany…

8 dni, które spędziliśmy na Maderze, staraliśmy się spędzać aktywnie i zobaczyć jak najwięcej.  Ale wakacje to jednak wakacje, czasami ogarniało nas lenistwo, zbyt długo siedzieliśmy przy kawie i ciastkach, zbyt wolno spacerowaliśmy po miasteczkach, zbyt często zatrzymywaliśmy samochód, żeby pstryknąć kolejne niesamowite widoki…

Z długiej listy „must see” kilku punktów nie udało nam się odhaczyć, z różnych powodów – głównie przez dosyć kapryśną pogodę. Ale za to kilka innych wskoczyło na ich miejsce 🙂

Madera jest świetną wyspą, jeżeli chodzi o pogodę. Nawet jeżeli w jednym miejscu jest pochmurno, wilgotno, pada deszcz, to wystarczy wsiąść w samochód i po kilkunastu/kilkudziesięciu kilometrach dojedzie się do ładnej pogody. Właśnie dzięki brzydkiej pogodzie w Rabacal udało nam się spędzić miłe popołudnie, pluskając się w ciepłych wodach naturalnych basenów w Porto Moniz. Baseny znajdują się w dwóch miejscach – jedne z nich są „zagospodarowane”, płatne – bilet wstępu to koszt 1,5 EUR. Ale w pobliżu akwarium, obok restauracji znajdują się takie trochę dzikie baseny, bez rozbudowanej infrastruktury, ale z wygodnym, wybetonowanym zejściem do wody i prawie zupełnie puste 🙂 Oczywiście wybraliśmy te drugie. Baseny w wulkanicznych skałach znajdują się nieco powyżej poziomu oceanu, dzięki temu można oprzeć się o krawędź takiego basenu i patrzeć, jak fale z wielką siłą rozbijają się o skały, do których przyczepione są całe kolonie pysznych lapas, czyli skałoczepów 🙂

Przy drugim podejściu do Rabacal pogoda znowu nie była dla nas łaskawa. Ale dzięki temu odwiedziliśmy Achadas da Cruz, gdzie mogliśmy wypróbować miejscowy środek komunikacji – kolejkę linową. Zjeżdża się nią z wysokiego na 450 m klifu na wybrzeże, gdzie znajdują się ogródki działkowe. Przejazd w obie strony kosztuje 3 EUR i naprawdę warto 🙂 Z jednej strony pionowe, zielone ściany klifu, z drugiej czarne skały wybrzeża, o które z wielką siłą uderzają białe fale. Oprócz tego stada jaszczurek, uciekające spod nóg. Spaceruje się wygodnie, wybrukowaną szeroką ścieżką. W drodze powrotnej wystarczy wsiąść do wagonika i nacisnąć zielony przycisk, a operator wciągnie wagonik na górę.

Skoro mowa o wysokich klifach, to oczywiście pojechaliśmy także na ten najwyższy, Cabo Girao. Według różnych źródeł jest on jednym z najwyższych w Europie, 580 m pionowej skały wznosi się nad oceanem, u podnóża znajduje się kilka pól uprawnych. Widok możemy podziwiać z podestu ze szklaną podłogą, ale nie jest ona przezroczysta.

Nie planowaliśmy także wizyty w jaskiniach i centrum wulkanologicznym w Sao Vicente. Ale ponieważ do wulkanów mamy słabość porównywalną z tą do wielorybów, a zaczynało akurat padać, postanowiliśmy schronić się przed deszczem w jaskini.

Wstęp kosztuje 8 EUR i obejmuje wizytę z przewodnikiem w centrum i zwiedzanie jaskiń. Samo centrum nie jest duże, ale dosyć ciekawe. Na początku oglądamy film o powstaniu Madery i jaskiń, później drewnianą windą „zjeżdżamy w głąb ziemi” (taka atrakcja bardziej dla dzieci), gdzie możemy obejrzeć „jądro ziemi”, a następnie w małej sali kinowej „popływać w magmie” w 3D 🙂

Po takim wstępie udajemy się już do samych jaskiń, które są przystosowane do zwiedzania – wybetonowano ścieżki, podświetlono na kolorowo odpowiednie fragmenty. Spacer nie jest długi, turystom udostępniono około 700 m jaskiń. Ponieważ są to jaskinie lawowe, brak tu malowniczych stalaktytów i stalagmitów, ale za to można znaleźć ciekawe mchy i porosty (chociaż Paweł uważa, że są sztuczne 😉 )

2 comments

Dodaj komentarz

  1. Marcin Nowak · Listopad 15, 2013

    Te klify są obłędne. Marzę o nich
    Jaskinia – ciekawostka. Jak na lawową – bardzo duża

    • kartkizpodrozy · Listopad 15, 2013

      Na Lanzarote jest większa 🙂